niedziela, 21 grudnia 2014

Przerwa

Blog zostaje zawieszony do odwołania.
Proszę nie pisać maili ani komentarzy z prośbą o pomoc w dziedzinach stylizacji paznokci czy fryzjerstwa.
Do pisania dla Was wrócę, gdy poukładam sobie wszystko w życiu.
Wiecie, że ten rok był dla mnie bardzo ciężki, niemniej mam nadzieję, że wszystko jeszcze dobrze się skończy.
Do sklikania!
Oczywiście wciąż możecie korzystać z informacji zawartych na blogu (nie usuwam go).

wtorek, 9 grudnia 2014

2 tygodnie po przeszczepie flory jelitowej

Zasypujecie mnie mailami i smsami ;)
A ja wciąż piszę to samo, końca nie widać ( to bardzo miłe <3), więc napiszę tutaj.
Na pewno przyda się innym po zabiegu jak i przed- jako pomoc w podjęciu decyzji.

Jak się czujesz? Co jesz?
Według zalecenia doktora P.G prowadzę dzienniczek, w którym zapisuję co jadam i jak reaguję.
Jest to niesamowicie pomocne, bo dzięki temu nie popełniam kilka razy tego samego błędu ;P
Najważniejsze co zauważyłam:
~ Dalej staram się być bezglutenowa. Nawet kiedy byłam zdrowa dawniej, źle reagowałam na chleb z pszenicy (zgaga, nadkwaśność), bułki jako tako mi wchodziły ale bez zachwytu. Liczne wycinki z gastro i kolono wykluczyły celiakię, a jednak po pszenicy jest mi źle- wzdęcia (bolesne), bulgotanie w jelitach, zgaga, kwaśność, refluks... Największy problem stanowiły dla mnie bezglutenowe śniadania ( albo ogółem śniadania, bo nigdy ich nie jadałam i nie czułam potrzeby jedzenia przed południem, no ale choroba trochę przewartościowuje w nas pewne sprawy). Zawsze rano towarzyszyły mi mdłości, czasem czułam po-refluksowe pieczenie po nocy i gorzkość w buzi. Jedyne do czego jestem w stanie się zmusić w ciągu 3 godzin od przebudzenia, to ciepła herbata owocowa (bez cukru!) i coś pół-płynnego. Na śniadanie więc jem płatki kukurydziane z jogurtem probiotycznym, rozgotowany kleik ryżowy, jajko na miękko z waflem ryżowym. Do znudzenia coś z tego zestawu.
Jak zgrzeszyłam i w ten weekend w gościach zjadłam 4 herbatniki do herbaty to oczywiscie miałam kilka godzin bolesnych wzdęć z głowy ;/ Pszenicy i żytu mówię NIE.
Dla porównania ciastka owsiane (polecam Sante) nie stanowią żadnego problemu.
Na obiad jadam zupy warzywno-mięsne, makaron bezglutenowy, ziemniaki z mięsem duszonym/pieczonym/gotowanym bez dodatkowego tłuszczu.
~ Staram się być bez-mleczna, właściwie jedyne co próbowałam z dobrym skutkiem na szczęście, to żółty ser (1 plasterek!) i moje jogurty z żywymi kulturami bakterii.
~ Do picia woda przegotowana, herbaty owocowe, wyciśnięty sok z pomarańczy czy mandarynek rozcieńczony o połowę wodą przegotowaną ( skondensowany powoduje ostry ból żołądka-> uwaga na stan zapalny). Żadnych kolorowych napojów gazowanych!
~ Staram się ograniczać chemię w jedzeniu, żadnych gotowych dań, dań z proszku itp.
~ Próby zjedzenia owoców na surowo- np. przetartego na mus jabłka, kończyły się dotąd małą porażką. Następnego dnia w kibelku było nieciekawie, plus bolesne skurcze jelit do południa. Ale gotowane/pieczone jabłko jest ok!
~ Nie przesadzić z błonnikiem. Zjedzenie na obiad kaszy gryczanej i 300g buraczków "zasmażanych" to była masakra dnia następnego ;/
~ W walce z mdłościami i stanem zapalnym żołądka i dwunastnicy pomaga mi siemię lniane ( mielone, zalane wrzątkiem), jednak nie pite na czczo,bo...http://emoty.blox.pl/resource/bag.gif
~ Ograniczam cukry proste, staram się jak mogę...bo zauważyłam, że nasilają wzdęcia, powodują bulgotanie i przelewanie w brzuchu. I karmią złe bakterie.
~ Migdały na zgagę i mdłości. Nie wiem czemu to działa ale działa, zjem z 5 sztuk i żołądek się uspokaja. Dalej nie biorę IPP, jak już mam masakrę to wezmę 1 tabl. Rennie.
~ Staram się jeść 3-4x dziennie. Małymi porcjami. Udaje mi się utrzymać wagę 48-49kg.
~ Pilnuję diety lekkostrawnej.
~ Zero kawy, używek i innych niezdrowych rzeczy ;) Wierzę, że na to przyjdzie jeszcze czas.
~ Nie mam już tachykardii, ciśnienie lepsze bo 120/80 lub 130/90, a praca serca zwolniła ze 120 na ok. 70-80 w spoczynku ;)

Teraz to, co chyba najbardziej interesujące c diffowców, ale mało smaczne...czyli tematy obrzydliwe ;)
Odeślę do skali bristolskiej KLIK! 
Kto wrażliwy niech nie klika ;) Ale nie umiem tego opisać tak, aby było wiadomo dokładnie o co mi chodzi.
W trakcie choroby osiągałam 5-20x na dobę typ 7.
Podczas brania wankomycyny, w 3/4 dobie typ 5. W kolejnych dobach wankomycyna "robiła robotę" i normalnością dla mnie był typ 4 i 3. Jednak po 2-3 tygodniach od ostatniej dawki wanko następował nawrót i znów zaczynała się jazda z biegunką ;( Wracałam do punktu wyjścia...
Po przeszczepie pierwszy tydzień to były typy 5 i 4.
Obecnie w drugim tygodniu widzę dalszą poprawę, bo dobiłam do typów 4 i 3.
W 2 tygodniu zauważalnie zanikło pieczenie w jelitach i prawie nie bulgocze/nie przelewa mi się w brzuchu. Nie ma też pustych skurczy jelit po wypróżnieniu (a wcześniej były do południa).
Ból żołądka i mdłości są mniejsze o jakieś 50-70% i są momenty, gdy nie boli mnie nic, czym jestem zszokowana, po tak długim czasie cierpienia ;D
Nie mam już odruchów wymiotnych ani nie wymiotuje. Noce przesypiam spokojnie.
Kibelek zaliczam raz, rano po przebudzeniu, max 2x (drugi raz np. wieczorem, jeśli sporo zjem danego dnia).

Czuję się wyraźnie silniejsza, ciemne wory pod oczami prawie zniknęły, krostki na twarzy się uspokoiły ( nie wiem na ile to było działanie toksyn bakterii a na ile wankomycyna).

Psychicznie jest lepiej, już nie płaczę, nie mam myśli o śmierci.
Ciężko jest mi w momentach tęsknoty za dziadkiem. Wierzę, że czuwa nade mną; byliśmy z mężem na jego grobie, bo to już miesiąc od pogrzebu. Zapaliliśmy "świąteczne" znicze, pomodliliśmy się chwilę, pogadałam w myślach trochę do dziadka.
Cały czas myślę, że wszystko w życiu ma jakiś cel. Właśnie odezwał się do mnie na @ mężczyzna, który też poddał się przeszczepowi, tuż po mnie ;) Może to dziwne, ale ma na imię tak samo, jak mój ukochany zmarły dziadek...dla mnie to znak.
I tyle co u mnie ;)
Jak macie pytania- to śmiało.
Mam poczucie dumy, że odważyłam się opisać swoją drogę z c diff'em. Cieszy mnie, że mogłam tym pomóc innym, a Wasze maile są dla mnie potwierdzeniem, że było warto i było trzeba.
Buziaki! i do następnego!

niedziela, 23 listopada 2014

Przeszczep flory jelitowej- doświadczenie własne.

Na wstępie zaznaczam, że moja relacja jest typowo subiektywna, to jak ja przeszłam zabieg nie znaczy, że ktokolwiek kto mu się podda, będzie go znosił identycznie jak ja, czuł jak ja, reagował na nową florę jak ja itp.

Sam zabieg nosi wiele nazw- przeszczep flory jelitowej, transfer flory jelitowej, leczenie kałem, transplantacja kału. Na zagranicznych forum pojawia się skrót FTM.
Istota jest jedna- podaje się odpowiednio przygotowany materiał (ludzką przebadaną pod każdym kątem kupę) przez sondę do żołądka albo przez kolonoskop do jelita grubego.
Nie będę się tu wymądrzać, nie jestem lekarzem- informacje o samym zabiegu można znaleźć w internecie w wielu artykułach medycznych.

Ja zostałam zakwalifikowana do zabiegu ze względu na nawroty zakażenia clostridium difficile.
W Polsce na dzień dzisiejszy, wykonuje się taki przeszczep właśnie ludziom z c diff, tym, którzy mają nawroty.
Samo leczenie antybiotykami ( metronidazol czy wankomycyna), kiedy już wykonane nam testy na toksynę i GDH ukażą wyniki dodatnie nie zawsze gwarantuje wyzdrowienie. Gdzieś czytałam, że nawroty ma do 30% zakażonych. I to takim osobom robi się przeszczep flory.
Do zakwalifikowania potrzebne są wykonane dodatnie testy i ogólna historia chorego- czy jest dodatkowo na coś chory? W jakich okolicznościach zachorował itp. Generalnie, lekarz wypyta nas o wszystko co uzna za istotne ;) Nie należy niczego zatajać! Ponieważ do każdego przypadku podchodzi się indywidualnie, co ma znaczenie w powodzeniu zabiegu.
Ja nie jestem obciążona niczym poza clostridium. Także moja kwalifikacja przebiegła bardzo szybko, a termin zabiegu miałam chyba w 2 tygodnie od pierwszego kontaktu z lekarzem się nim zajmującym.

***
Do Warszawy pojechaliśmy z mężem na ustaloną godzinę. Ponieważ pogoda i nowootwarta trasa szybkiego ruchu sprzyjały, byliśmy na miejscu wcześniej o 2 godziny. Ale to nic, Warszawa piękna, pogoda dobra- pospacerowaliśmy, pooglądaliśmy. Trochę stresu ze mnie zeszło.
Mój zabieg wykonywany był ambulatoryjnie- co znaczy, że po czasie obserwacji mogliśmy udać się do domu. W przypadku,gdy chory jest obciążony i w ciężkim stanie- zabieg przeprowadza się w szpitalu.
Samo miejsce zabiegu- Centrum Medycyny Zapobiegawczej i Rehabilitacji wzbudzało we mnie zaufanie- kilka gabinetów, profesjonalny zespół ludzi- od recepcjonisty, po panie pielęgniarki i oczywiście mojego wielkiego GURU od clostridium, Pana doktora Pawła Grzesiowskiego. Od samego wejścia zostaliśmy mile przyjęci, z zainteresowaniem, troską, opieką...przez cale 5 godzin mojego pobytu praktycznie ani ja, ani mąż nie byliśmy sami ;) Ciągle ktoś z nami był i rozmawiał. Panie pielęgniarki przesympatyczne i czułe, Pan doktor niesamowicie cierpliwy i troskliwy- byli w stanie odpowiedzieć na każde pytanie, bez zniecierpliwienia, wyniosłości- wszystko omówione prostym językiem dla zwykłego chorego człowieka, wszystko zrozumiałe, każdy krok zabiegu wytłumaczony i zależny... OD PACJENTA!
Powiem Wam, że ja miałam tego pecha w życiu, że poznałam prawie wszystkie lubelskie szpitale i chyba większość przychodni. Nigdy nikt nie potraktował mnie tak ciepło i tak się mną nie opiekował jak ludzie pracujący w Centrum Medycyny! Dla mnie i męża już samo do nas podejście to było wielkie WOW! I od razu uwierzyliśmy, że ci ludzie są w stanie mnie wyciągnąć z choroby, że możemy im ufać. Wszystko było zorganizowane totalnie dyskretnie i profesjonalnie.

Zostałam zaprowadzona do jednego z gabinetów i dostałam swoje łóżeczko ;) Obok mieściła się kanapa, na której mąż mógł mi towarzyszyć przez cały czas.
Pani pielęgniarka zrobiła ze mną wywiad o aktualnym stanie zdrowia, zmierzono mi ciśnienie, temperaturę, zważono. Jako, że jesteśmy z mężem osobami mocno bezpośrednimi, szybko nawiązaliśmy prawie koleżeński kontakt z dr Grzesiowskim, paniami pielęgniarkami i panem z recepcji ;) Ja czułam się jak ktoś z ich rodziny czy bliski przyjaciel- zero tabu, wszystko powiedziane w oczy. To dało przełożenie na mój brak skrępowania przy zabiegu, choć stres był silny, a ciśnienie skoczyło na 160/100.
Na godzinę przed zabiegiem pani pielęgniarka założyła mi sondę, żebym się do niej przyzwyczaiła i żebym nie miała mocnych odruchów wymiotnych. Wszyscy byli z góry poinformowani, że bardzo źle znoszę gastroskopię- non stop odruch wymiotny aż do podduszenia się ;/ Tak więc zostałam potraktowana najmniejszym możliwym rozmiarem sondy dla dorosłych (inna rzecz, że jestem małą istotką), a samo zakladanie było bardzo powolne i na ustalony znak z panią pielęgniarką. To ja decydowałam o szybkości założenia, nauczyłam się ją łykać i hamować odruch wymiotny.
Nos i gardło jest znieczulane preparatem w sprayu i po kilku minutach mamy drętwość jak u dentysty. Zakładanie było znośne, jednak ból odczuwałam po założeniu- widać sonda oparła mi się gdzieś o ścianę gardła, bo co się ruszyłam to odruch wymiotny, ból jak przy anginie gdy przełykałam ślinę. Nie sugerujcie się jednak, że ja się ocierpiałam- osoby małe i szczupłe mają przekichane ;(
Miałam chwile zwątpienia, że nie dam rady, że wyrwę sobie tą sonde bo boli... Z innej strony wciąż myślałam- bądź dzielna, wytrzymaj, to ci uratuje życie...I tak trwałam. Czas dłużył mi się okrutnie, sonda przeszkadzała, ale dzięki temu ze mąż i panie pielęgniarki mnie zagadywały, to jakoś się przyzwyczaiłam i dałam radę.
Niemniej- sonda w porównaniu do gastroskopii- to połowę bólu mniej jak dla mnie.
Jak już obgadaliśmy całą moją historię choroby, jak mnie leczono, jak ciężko było mi dotrzeć do miejsca gdzie bez problemu zabieg robi się ciągle, przybył dr Grzesiowski. Doktor przyniósł 3strzykawy do podania mi- 2 z przefiltrowaną florą i 1 z solą do płukania. No i zaczęło się podawanie.
Jakie to uczucie?
Zero zapachu czy smaku!!! Zapewniam Was, że nie ma co się bać, nie myśli się co to jest, nie ma skojarzeń, nie ma odruchów wymiotnych.
Miałam uczucie jakby do żołądka wpuszczano mi lodowego szejka, musiałam tylko regularnie przełykać, żeby nie cofało mi do góry. Tempo zależało ode mnie, po 1 strzykawie zrobiliśmy przerwę. Kilka minut i 2ga plus sól weszły prawie od razu.
Po wszystkim jeszcze godzinę miałam sonde, żeby flora zeszła do jelit, a żebym jej nie zwymiotowała przypadkiem.
Najgorszy moment? Wyciąganie sondy ;/ Nie ukrywam- mnie bolało cholernie, chyba mi nawet łzy poleciały, bo boli nos- uczucie nieziemskiego pieczenia jakby ktoś nas kroił, trochę krwi poleciało, ale szybko przeszło. Ból gardła i nosa minęły do nocy. Także o nieprzyjemnościach szybko się zapomina ;)
Pan doktor jakby nie dowierzał w moje dobre przyjęcie flory, bo napoił mnie 2 kubkami wody. Zero mdłości, bólu, wymiotów- więc mogłam z mężem wracać do domu.

Ponieważ reakcje niepożądane są  do końca nieznane, a każdy może reagować inaczej, zostałam uprzedzona na podstawie doświadczeń, że mogę mieć biegunki do tygodnia czasu, powoli wszystko się uspokoi, a wtedy okaże się czy jednorazowy przeszczep wystarczy. Czy c diff już mi odpuści wyparty nową silną florą anonimowego dawcy.
Cyknęliśmy pamiątkową fotkę "na ściance" na zakończenie. To było bardzo miłe <3
Pozostaje mi gorąco dziękować, za tak wspaniałe przyjęcie i opiekę przez cały czas!

Po powrocie do domu niestety poczułam się źle. Zaczęłam mieć mdłości, odruchy wymiotne, troszeczkę zwymiotowałam... i 2x biegunkę jak przy wirusówce- samą wodą jakby. Spanikowana skontaktowałam się z doktorem mimo późnej pory, miałam pić elektrolity i usłyszymy się rano.
Noc przespałam spokojnie. Rano ostrożnie wypiłam kilka kubków herbaty, potem bulion, potem zjadłam nóżkę kurczaka z marchewką- wszystko mi "weszło". Może żołądek chwilami zaboli, zakłuje, ale jelita póki co milczą. Biegunki nie ma. Wymiotów nie ma.
Trzeba wziąć pod uwage, że ja od lat mam silny stan zapalny żołądka i dwunastnicy, do tego pół roku palenia śluzówki źle rozrabianą wankomycyną, zastosowanie polprazolu przed zabiegiem i sonda- wszystko to mogło mnie podrażnić.
Teraz czuję się dobrze, ogarnia mnie spokój, gdy wyobrażam sobie jak ta nowa, dobra flora dawcy walczy z paskudnym c diffem niczym dwa wojska ;) To krzepiąca myśl, że udało się już tak uratować w Polsce 70 osób.
Nie będę skromna, ale jestem dumna z siebie, że przełamałam jakiś głupi wstyd czy uprzedzenia i poddałam się zabiegowi. Że dałam radę, że zniosłam wszystko godnie i nie przerwałam zabiegu, nie zrezygnowałam. Strach ma wielkie oczy, a dla zdrowia chory zrobi wszystko.
Teraz pozostaje mi czekać na efekty i wierzyć, że w końcu wygrałam z c diff.
Jeśli nawet nie udałoby się tym pierwszym razem, to jestem pewna, że nie będę już katować się wanko, tylko podejdę do kolejnego przeszczepu. W końcu musi się udać.

                                            Z Paniami pielęgniarkami i Panem Doktorem
                               "zasondowana" (widać, że za szczęśliwa nie byłam, ale nie ma tego złego)


Tu świetne linki o c diff, wypowiedzi mojego Pana doktora Grzesiowskiego. Warto poczytać i posłuchać, mnóstwo wiedzy w prostym przekazie:

 http://wyborcza.pl/TylkoZdrowie/1,137474,16878195,Leczenie_kalem___niesamowita_moc_naszych_bakterii.html

 http://www.rdc.pl/publikacja/wieczor-rdc-pieniadze-alergia-moc-bakterii/    (3 wywiad w kolejności)

Mam nadzieję, że ten wpis pomoże niejednemu choremu z clostridium difficile. Nie bójcie się przeszczepu! To niby eksperyment medyczny, ale wyniki na świecie są genialne- 90% osób zdrowieje po pierwszym razie! Jeśli macie pytania- pytajcie. Odpowiem jeśli wiem, albo pokieruje Was dalej.
Możecie też pisać na mojego maila, jeśli tu się wstydzicie.

Ps. Przeszczep flory jest świetnym sposobem leczenia infekcji c diff. Jednak nie jest lekiem na "całe zło świata" i są choroby, w których nie pomoże. Absolutnie nie chce robić fałszywej nadziei osobom z nieswoistymi zapaleniami jelit czy z rakiem. Niemniej jelitowcy, jest dla was światełko w tunelu, bo z czasem może pokażą się badania czy taki przeszczep będzie skuteczny i na ile pomoże w WZJG czy Crohnie.



Już po...

Króciutki post po zabiegu przeszczepu flory jelitowej.
Wszystko jest dobrze, nie ma jakiś większych działań niepożądanych, w ciągu kilku dni wszystko się we mnie powinno unormować.
Czuję się dobrze.
Powstanie seria wpisów o przeszczepie, opowiem Wam jak to wszystko przebiegało i co czułam w trakcie i po ;)
Odbiegam od tematyki głównej bloga, ponieważ wiem, że internet ma moc- i o ile gdy zachorowałam, to nie miałam wielu "tropów" jak się leczyć i gdzie, o tyle dziś z każdym dniem jest więcej informacji i więcej. Czuję się w obowiązku swoją "cegiełkę" do tego dołożyć.
Niech przyszli c diff'owcy mają lżej niż ja miałam.
Oczywiście niezainteresowani wpisy mogą pominąć ;) Chociaż moim zdaniem, ten temat będzie coraz szerszy, jest coraz więcej zachorowań i nawet jeśli potencjalnie danej jednostce się taka wiedza  nie przyda, to może warto trochę wiedzieć bo znacie/poznacie osobę, której będziecie mogli pomóc- pokierować dalej, ku zdrowiu i powrocie do normalnego życia.

Pamiętajcie, że miarą ludzi jakimi jesteśmy, jest to ile dajemy z siebie innym. I nikt nie powinien żyć tylko dla siebie, żyjemy też, a może przede wszystkim, dla innych!

poniedziałek, 17 listopada 2014

Światełko w tunelu...

Powoli wychodzę z ciemności smutku, żalu, bólu, tęsknoty.
Pogrzeb dziadka był dla mnie strasznym wydarzeniem, chyba najgorszym w życiu. Ciągły płacz, jakieś takie odrętwienie...jak nie ja, jakbym była w szoku/transie. Sił mi starczyło, pożegnałam go godnie, ukochanymi przez nas kwiatami. Ksiądz się spisał, wygłosił przepiekną mowę i odprawił wyjątkową mszę. Najpiękniejsze słowa sługi bożego, jakie dotąd słyszałam.
Na szczęście najbliżsi byli przy mnie, utulili mój ból, wspierali, czuwali nade mną. Dzięki nim stanęłam na nogi i przepracowałam najgorsze uczucia i stres. W każdej minucie dnia czy nocy nie byłam sama, przez blisko 2 tygodnie...za to oddanie winnam im dozgonnie dziękować.

Wiem, że dziadek czuwa nade mną i patrzy na mnie z nieba. Mąż we śnie odebrał od niego ważny dla nas przekaz, być może to dlatego spłynął na nas spokój tak szybko. Po pogrzebie coś jakby mną pokierowało i natrafiłam dzięki Ani J. na kontakt do sławnego lekarza, który będzie umiał mi pomóc.
Nie ma we mnie już wiary, że kolejne leczenia wankomycyną w końcu wyciągną mnie z choroby...
Napisałam więc mail'a do tego lekarza, nie licząc nawet specjalnie na odzew. Taki specjalista, prawdziwa światłość branży z pewnością ma mnóstwo na głowie i miliony @ codziennie.
Odpowiedź miałam w ciągu dwóch godzin.
Kolejne maile i telefony pozwoliły mi na obudzenie w sobie energii i nadziei- zakwalifikował mnie na zabieg przeszczepu flory jelitowej. Otóż tak, od roku czy dwóch robi się to już w POLSCE!!! To tylko jakaś lekarska zmowa milczenia ogranicza możliwości chorego i przepływ informacji (kilku lekarzy z Lbn zapewniało mnie, że ten zabieg to absolutny eksperyment nie poparty żadnymi naukowymi badaniami, do tego ryzykowny, a w ogóle robią to zagranicą).
Mam termin już w tą sobotę 22.11!
Trzymajcie kciuki Kochani za mnie, moje zdrowie i powodzenie całego zabiegu.
Ten wyjątkowy człowiek, lekarz z powołania i pasji daje mi nawet 90% szans na sukces przy pierwszym podejściu.
Oczywiście jak bedę "po" opiszę wszystko co i jak było, bo na pewno się komuś przyda, jestem tego pewna po ilości kontaktów z innymi c diff'owcami.
Widać tak ma być. Będę przecierać Wam szlaki. Dla  powrotu do zdrowia zrobię wszystko.


wtorek, 4 listopada 2014

[*]

To co dzieje się w moim życiu w tym roku, to jakiś koszmar.
Odszedł mój najukochańszy dziadek...mój anioł stróż i drugi ojciec.
Nie radzę sobie już sobie z niczym, nic nie ukoi mojego bólu, smutku i pustki.
A jutro pogrzeb i muszę dać jakoś radę, by pożegnać godnie kochającego mnie nad życie dziadka.

 Gdziekolwiek jesteś pamiętaj, że zawsze tak jak ty mnie kochałeś, tak ja ciebie- nad wszystko inne. Na przekór wszystkiemu i wszystkim. Jestem szczęśliwa, że mogłam przy Tobie dorastać, zawsze liczyć na twoją pomoc i wsparcie. Bo byłeś przy mnie zawsze. I choć nigdy nie będę w stanie odwdzięczyć się równie mocno, to cieszę się, że byliśmy blisko siebie do samego końca.
Zawsze będziesz żyć we mnie, w moim małym serduszku.
Zawsze będę z Tobą rozmawiać i zwierzać się z sekretów, bo wiem jaką dawało ci to radość. Twoje szczęście to moje, pamiętasz?
Wierzę, że jesteś teraz gdzieś, gdzie jest Ci dobrze z kochającymi bliskimi, którzy dawniej odeszli. I wiem, że jeszcze kiedyś się spotkamy, a tymczasem nadal będziesz mnie wspierać i chronić- gdziekolwiek jesteś...


piątek, 31 października 2014

Październik 2014 podsumowanie

Obiecałam co jakiś czas wpis, jak tam u mnie.
Październik przeleciał mi w mgnieniu oka. Był znów szpital, nowy plan leczenia, ale było też dużo czasu spędzonego z bliskimi i samą sobą. Na pewno przewartościowałam swoje życie, podjęłam nowe działania i wyznaczyłam nowe cele. Poznałam siebie na nowo.
Końcówka października była dla mnie czasem wyśmienitym tak bardzo, że chwilami zapominałam o chorobie. Oby tak dalej! Dobre samopoczucie mi dopisuje, więc nawet popracowałam <3 Dziękuję osobom, które nie wątpią we mnie nawet, kiedy ja sama to robię i dodają mi skrzydeł i sił. I wiary, że będzie tylko lepiej i dam radę ;* Poza tym nic nie uskrzydla tak, jak komplementy odnośnie wykonanej pracy ;) A pracowało mi się z taką pasją i radością, że chyba przechodziłam samą siebie.

Z rzeczy przyziemnych- opanowałam wypadanie włosów i łamliwość paznokci. Wnioskuję, że jelita zaczęły normalnie wchłaniać- przytyłam do 50kg. Znalazłam nowe perełki pielęgnacyjne jeśli chodzi o włosy, jeśli chcecie dajcie znać w komentarzach, a je przedstawię. Nadal farbuję Palette ICC różany blond CV12. Widzieliście już nowe pastelowe blondy z Palette naturals? Kuszą!
Włosy na fotkach tylko umyte szamponem + odżywka do spłukiwania.
Zatęskniłam za różowymi szponami, no to mam. Niestety na naszym rynku brakuje mi lakierów piaskowych w tonacji barbi-różu z brokatem. Jeśli już to maty ;/ Więc stworzyłam sobie sama, mieszając zwykły lakier z piaskiem ;) Na fotkach efekt Wibo trend extreme nails 8 i piasek Miss Sporty 065. Chyba wyszło ok?
Obecna jesień mnie zachwyca, choć mogłoby być ciut cieplej ;) Spacery z Lolą- wielka radość!
Chce mi się żyć!
A co u Was? Buziaki Kochani i do następnego!






czwartek, 9 października 2014

C diff nawrót 2

Znowu walczę.
Miałam 3 tygodnie wolności. Nikt nie wie, dlaczego to do mnie wraca. Wydawało by się, że jestem w niskiej grupie ryzyka, bez obciążeń (no poza "zepsutym" układem pokarmowym).
Kolejne trudne 5 dni szpitala, a teraz przedłużone na kilka miesięcy leczenie w domu- i wciąż nie ma gwarancji, że to będzie koniec. Pozytywny dla mnie koniec.
Najgorszy jest chyba strach przed pogorszeniem, przed opornością tego cholerstwa, zniszczeniem mojego organizmu, przed śmiercią. Bolesny jest brak nadziei i mocnej wiary, że tym razem to już się zakończy, że wygram. Dobija depresja i samotność, myśl, że nie jestem nikomu potrzebna i tylko wielki ze mnie ciężar dla wszystkich, którzy jeszcze się angażują. Staram się tłumaczyć tych, którzy się odsunęli ode mnie, choć ich nie rozumiem, bo wcale nie tak łatwo jest się zakazić/zarazić (jest jakaś różnica?) w środowisku poza szpitalnym, ale niewiedza zawsze przeraża.
Z pozytywów przebadałam męża. Jest zdrowy, będzie mógł być moim dawcą. Kolejny dowód na to, że nie jestem tak niebezpieczna, jak się niektórym wydaje.

Nadzieje daje mi kontakt z ludźmi, którzy wygrali. Niektórzy szybciej (tylko pierwsze zachorowanie), inni dłużej walczyli (4-5 nawrotów). Są dla mnie wielkim wsparciem, bardzo życzliwi i służą radą i pomocą. Nie wypada nie podziękować: Ani, Wiktorii, Oli, Piotrowi, Magdzie. Jesteście wielcy i macie olbrzymie serca :*

Trzymajcie za mnie kciuki, Kochani czytelnicy.
Choć w chwili obecnej wankomycyna robi swoje i czuje się jak nowonarodzona, najgorsze przyjdzie po jej odstawieniu. To dopiero wtedy prawda wyjdzie na jaw. W ciągu pierwszych 2 miesięcy od zakończenia leczenia.
Tymczasem będę starała się wzmacniać, dbać o  siebie, trzymać dietę ( bez glutenowa, bez nabiałowa, lekkostrawna).

Nie będę obiecywać nowych wpisów. Co jakiś czas postaram się odezwać, tymczasem bloga zawieszam, bo obecnie inne sprawy są od niego ważniejsze.






I jeszcze najlepsze linki odnośnie Clostridium:

Jak się zdiagnozować?
Wszystko na temat c diff
Opracowanie i komentarze c diffowców


czwartek, 25 września 2014

Miasto '44

W zeszłą niedzielę wybraliśmy się z mężem do kina na "głośne" Miasto '44.
Po obejrzeniu filmu oczywistym stało się dla mnie, dlaczego o filmie Jana Komasy było słychać wszędzie i to już na długo przed premierą. Nie będę tu bawić się w recenzje, ponieważ uważam, że KAŻDY POLAK powinien ten film zobaczyć. Spojrzenie twórców filmu pokrywa się z moim na temat tamtego czasu i bardzo podoba mi się, że nie jest to kolejna opowieść bijąca wyłącznie martyrologią i bezradnością narodu polskiego. Fabuła bezlitośnie pokazuje to, jacy byli również Polacy dla walczących Polaków i choć jest to obraz bardzo bolesny, pełny egoizmu, tchórzostwa, własnych ambicji to nie można też nie zauważyć pseudobohaterskiej walki skazanej na porażkę od samego początku- złe przygotowanie planu, brak doświadczenia, broni, trzeźwego spojrzenia na sprawę, kierowanie się ślepo emocjami.
Dzięki dużej ilości bohaterów patrzymy na wydarzenia z różnej perspektywy, co oczywiście w moim przypadku skutkuje łzami i zanoszeniem się od płaczu przez większą część seansu ;)
Nie można też przemilczeć, że w filmie wiele jest scen bardzo drastycznych, realistycznych i brutalnych do bólu i mnie jako osobie wrażliwej robiło się momentami gorąco. Dzięki temu przekaz jest uderzający- sala kinowa była pełna i wiele osób z seansu wyszło podobnie zapuchniętych jak ja. To chyba najlepszy znak dla twórców, że wykonali kawał niesamowitej roboty, a ich dzieło z całą pewnością wyryje się w pamięci rodaków.
Polecam!!!!
Ps. Widzieliście już? Jaka jest Wasza opinia?



piątek, 19 września 2014

Lovely baltic sand 1 i Wibo trend extreme nails 1

Idzie weekend, więc czas najwyższy na nowe pazurki. Podobają mi się tym bardziej, że odrastają i obecna długość to moje absolutne minimum <3
Dziękuję za rady odnośnie różu- z waszych podpowiedzi wyłoniły się 2 typy: Inglot i Bourjois. Na razie zdecydowałam się na Astora, ale na pewno skorzystam też z waszego polecenia jak tylko znajdę odpowiednie odcienie ;* Awaria w Plusie naprawiona- już wszystko mi działa ;) na szczęście.

baltic sand 1- piasek z dużą ilością złotych brokatowych drobinek, kolor ciepły i naprawdę fascynujący- zależnie od światła widoczne są tony pomarańczu, różu i czerwieni.

trend extreme nails 1- przezroczysta baza, w której zatopiony jest brokat i piegi srebrne holograficzne.






czwartek, 4 września 2014

Lovely Top jewels 1 i Miss Sporty Crush on you 062

Skoro lepiej się czuję to i nowe pazurki machnęłam ;)
Wciąż po głowie chodzą mi takie jak ma Kesha w "Timber" <3 Niestety swoje skróciłam (pewnie i tak by się łamały ze względu na niedobory, chciałam uniknąć kolejnego powodu do dołowania się), ale nie jest źle, są zadowalające, a długość odbiję sobie za pół roku, jak już wszystko co złe zostanie wspomnieniem.
Do piasków przekonałam się całkowicie, jednak w wersji błyszczącej. Mat to nie moje klimaty.
Piaski ujmują mnie szybkim schnięciem, dobrym kryciem, łatwym zmywaniem, trwałością, ciekawym efektem. Fajnie, że Miss Sporty zadbało, by drobinki były naprawdę drobne, dzięki czemu nie zaciągają np. rajstop ;) Liczę na większą paletę kolorystyczną od MS, bo ich piaski są boskie <3

062 to czarno-srebrny piasek, który kojarzy mi się z granitem.
Top jewels 1 - to przezroczysta baza z piegami w kolorze różu, fioletu, złota i srebra z drobinkami brokatu (multikolor).
Oba zachwycające ;)



poniedziałek, 1 września 2014

Maska regenerująca z mlekiem i miodem Prosalon professional

Dziś recenzja lekkiej maseczki regenerującej z linii profesjonalnej Chantala.
Znacie już moją opinię na temat maski kokosowej KLIK! I o ile tamta mnie zachwyciła, to ta jest po prostu dobra w swojej kategorii, mnie jednak nie powaliła na kolana.
Na pewno do zalet tej maski należy ułatwienie rozczesywania, nadanie włosom blasku, zmiękczenie ich i sprawienie, że są podatne na układanie. Maska ma dobry, bogaty skład- alkohol nawilżający, gliceryna, keratyna, proteiny mleczne, ekstrakt z miodu, pantenol. Mogłabym ją umieścić w kategorii regenerujących masek proteinowych. Dedykowana jest wszystkim rodzajom włosów, a w szczególności tym zniszczonym czy koloryzowanym.
Jedyne co mi przeszkadza to zapach- ciężka nuta miodowo-cynamonowo-mydlana jest długo wyczuwalna. No i jak to z maskami proteinowymi, polecam stosować raz w tygodniu, ponieważ może włosy przeciążyć proteinami. Sama maska jest lekkiej odżywkowej konsystencji, nie obciąża cienkich włosów!
W mojej opinii to dobra maska regenerująca. Stosowana raz w tygodniu jako kompres na pewno zauważalnie poprawi kondycję włosów zniszczonych.
Skład na fotkach dla zainteresowanych ;)



***
U mnie póki co w porządku. Skończyłam leczenie Wankomycyną, jutro przechodzę na Xifaxan. Oby wszystko tym razem poszło już dobrze.
Mąż mnie rozpieszcza i mam za sobą cudowny weekend <3 Mieliśmy co świętować- moje 27 urodziny,  1 rocznicę ślubu, 11 rocznicę dnia naszego poznania, a za tydzień moje imieniny ;) Depresja odeszła precz! Czuję się kochana, potrzebna i szczęśliwa, zbieram siły. Dodatkowo przytyłam kolejne pół kg i ważę już 47.5kg.
Byłam dziś na długim spacerku z Lolą i przy okazji zajrzałam do Roska. Pojawiła się część nowej jesiennej kolekcji Wibo- skusiłam się na 2 lakiery z limitki rockowej ;3 Folia, piegi holo i brokat- moje klimaty. Niecierpliwie czekam na ćwieki do zdobienia. Lotion do łapek pięknie słodko pachnie wanilią i kwiatami (ale nie dusząco) i super zmiękcza i nawilża dłonie; bardzo udane zakupy! Polecam!



wtorek, 26 sierpnia 2014

26.08.2014

Od ostatniego posta minął ponad miesiąc.
Czuję się wywołana "do tablicy", żeby napisać co u mnie.
Z góry dziękuję Wam za ogrom wsparcia, jaki mi dajecie każdego dnia, za wszystkie komentarze, smsy i maile. Na pewno jest mi lżej na duszy, gdy widzę tyle przesyłanej pozytywnej energii, tyle ciepłych słów, moje kochane dobre duszki ;*

U mnie zmiennie. Bardzo. Od dni, gdy czuję się doskonale, a choroba wydaje się być jakimś złym snem, po dni, gdy leżę skulona w łóżku i płaczę w poduszkę. Najdziwniejsze jest to, że dni te następują po sobie- bez żadnego etapu pośredniego. Udało mi się wyłapać, że jakiekolwiek zmiany menu bardzo ciężko przechodzą dla moich jelit. A może to ruletka i te gorsze dni i tak by nastąpiły? Mam bardzo dużo pytań i wątpliwości, na które nikt mi nie odpowie. Gnębiłam wielu lekarzy, przeczytałam setki internetowych stron, a odpowiedzi nie znalazłam.
Co tak naprawdę spowodowało moje zachorowanie? Antybiotykoterapia by pozbyć się z żołądka helikobaktera? Stosowanie inhibitorów pompy protonowej ( Ipp, Controloc, Mesopral itp.)? Wielokrotne pobyty w szpitalach od maja tego roku?  Badania endoskopowe przeprowadzone w szpitalu? Czy byłam nosicielką c.diff czy mnie zarażono np. podczas pobytu w szpitalu od maja? Jeśli byłam bezobjawową nosicielką to jak długo? Od urodzenia w tych "wyjątkowych" 3% populacji?! Czyli generalnie skąd to paskudztwo się we mnie wzięło i najważniejsze- czy nadal we mnie jest? Czy jest szansa, że trwale się jej pozbędę? Jak ja mogę to sprawdzić?!

Są dni pogorszenia, kiedy czuję, że jestem bliska szaleństwa. Powyższe pytania nie dają mi spać, jeśli już śnię to jakieś koszmary- o wypadaniu zębów, ukąszeniach os, pszczół itp., albo o pogrzebie. Myśli natrętnie wracają na tor clostridium i przebywania w szpitalu- choćbym nie wiem jak wiele zajęć sobie wymyśliła, z kim bym nie przebywała ( np. rozmawiam z bratem i nagle takie myśli i już go nie słyszę). Być może jest to spowodowane tym, że za tydzień kończę planowe leczenie, a potem znów oczekiwanie na to co będzie. Co nieuniknione.

Tak mi dobrze było, gdy mój kochany tata był przy mnie! Odpędzał moje smutki, przytulał do serca i dawał ciepło, w którym topiłam się jak wosk. Jeśli zdarzyło mi się w owym czasie płakać to tylko ze wzruszenia albo przy pożegnaniu, gdy zaczynała dobijać mnie tęsknota.
Wiedziałam jednak, że spędzi ze mną miesiąc, a potem będę musiała dać sobie rade znów sama.
Jest 11 dni odkąd wyleciał...a ja już dołuję ;( Może to pogoda, może napięcie przed @...może bóle jakie odczuwam z jelit tak dobijają...Ciężko to wszystko idzie.

Do tego poczucie, że upłynęło tyle czasu, który jest dla mnie straconym- złe samopoczucie, choroba, złe diagnozy lub ich brak, w końcu 4 szpitale, leczenie jedno, potem drugie...4 miesiąc mojej męki.
Zadaję sobie pytanie ile jeszcze? Czy to się skończy i kiedy?
Nie potrafię się pogodzić z tym przez co przeszłam i przechodzę. Podziwiam ludzi godzących się ze swoimi chorobami.
Walczę z wiatrakami, drążę, rozpamiętuję, szukam winy i winnych, w końcu pytam DLACZEGO JA? A w chwili pokory i osłabnięcia w walce- jaką mam naukę wyciągnąć z tego wszystkiego?!
W porządku, mogę zaakceptować, że jestem jednostką ultrawrażliwą i delikatną, słabiuteńką psychicznie i fizycznie, ale co to mi daje? Czy takie osoby nie mają prawa żyć? Czy będzie im po prostu trudniej w obecnym świecie?
To nie sprawia, że czuję się lepiej, złe wspomnienia i myśli nie gasną.
Dziś mam fatalny dzień, ale próbuję się podnieść, bo znów usłyszę od lekarzy prowadzących, że skończy się antydepresantami, a nie mogę ich brać, bo to osłabia, a ja mam być silna. Jeśli będę taka słaba i zaryczana, to pod wpływem nerwów i stresu znów zacznie się tachykardia, potem oberwie żołądek- będzie zgaga i bóle, a w końcu wszystko skumuluję w swoich jelitach, które nie dadzą rady- to taki prosty ciąg, który przerabiałam już tyle razy, a wciąż ląduję w tej samej ślepej uliczce ;/
I nabieram się- jak małe dziecko.

Za dwa dni moje 27 urodziny. Wcale tego nie czuję.
Chciałabym, żeby w sekundę minął rok, a wtedy byłabym pewna swego wyzdrowienia i że jestem już wolna. Czekanie na wyrok jest najgorsze...
Z mniej istotnych rzeczy negatywnych jest np. wypadanie włosów na potęge. Są wszędzie, najgorzej jest po umyciu- pierwsze wyczesywanie. Nie walczę z tym, bo zespół złego wchłaniania po infekcji robi brudną robotę i choćbym łykała miliardy tabletek to i tak jelita ich nie wchłoną. Muszę myśleć pozytywnie, że kiedy jelita podejmą właściwą pracę, wypadanie ustanie. Waga przyjdzie. Cera nabierze koloru. W chwili obecnej mam ochotę obciąć włosy na krótko i pofarbować na brąz zbliżony do naturalnego, by nie musieć nic przy włosach poza myciem robić. Jednak wiem, że po wyzdrowieniu takiej decyzji bym żałowała, tak więc warkocz i do przodu.
A póki co nadal dieta wysokobiałkowa ( muszę powtórzyć badanie z krwi jak z moją utratą białek), 4-5 posiłków dziennie, dużo wody i herbat owocowych, jedzenie gotowane/duszone lekkostrawne.
Jeśli jakaś dobra dusza czytająca mnie zna się na gotowaniu kaszy jaglanej to błagam o litość i ratunek, bo zrobiłam 2 podejścia:
1- ugotowałam w dużej ilości wody, ale przez odlewanie tak drobnej kaszy połowa poszła do zlewu ;/
2- gotowałam w małej ilości wody 1:2.5, jednak bez przykrycia i efekt był taki, że zapaliłam garnek a kasza twarda ;P
Co ja robię źle? Znacie opcje na jakieś smaczne dania z nią? Już mam świadomość, że wolę ja na słodko- bo jak próbowałam zjeść ją z rosołem to jakbym piach jadła ;x
Makaron bezglutenowy z kukurydzy- pycha, ja nie czuję żadnej różnicy wobec klasycznych makaronów poza tym, że nie pęcznieje w czasie gotowania.

I w sumie to tyle co u mnie.
Mieszkanie wysprzątałam, idę nastawiać krupniczek na obiad i poczytać romansidło. Nie mogę doczekać się września, bo wtedy to i tv pooglądam- fajna ramówka na tą jesień ;)
Przepraszam Was, jeśli bardzo dołowałam tym postem. Zostaję w nadziei, że mój kolejny będzie już optymistyczny, a potem fryzjerskie- bo nie ukrywam, że marzę o powrocie w pełni do dawnego życia.
Do następnego!

sobota, 12 lipca 2014

C.diff nawrót 1

Niestety, stało się. Koszmar powrócił.
Wszystko miało jednak tym razem inny przebieg.
W domu na xifaxanie czułam się dobrze. 4 dni stosowania wręcz jak niechorująca nigdy wcześniej bogini i jedynym znakiem choroby było moje wychudzenie na 46 kg.
Energia mnie rozpierała, miałam chęć do życia i apetyt. Oczywiście wg zaleceń trzymałam dietę lekkostrawną- gotowane, duszone, pieczone bez tłuszczu, zero surowego, ciężkostrawnego, błonnikowego.
Dziwnie zaczęłam się czuć jakiś tydzień od ostatniej tabletki xifaxanu, zrzucałam winę na zmęczenie, długą hospitalizację, upały itp.
Czułam się osłabiona, apetyt malał, ciągle zmęczona, czasem zabolał mnie brzuch. W kolejne dni doszła niesamowita nadkwaśność po wszystkim czego bym nie zjadła, bóle wrzodowe żołądka i dwunastnicy-i na czczo i po jedzeniu. Nawet gdy piłam samą wodę czułam palący ból. W końcu nie mogłam spać w nocy, bo palący-piekący ból jakby obejmował cale moje wnętrzności-od jelit aż po płuca. To było nie do wytrzymania-pojechałam do rodzinnego. Zaczęłam brać inhibitory pompy protonowej- mesopral i polprazol. Przekraczałam dzienne dawki a palący ogniem ból w układzie pokarmowym mijał na max kilka godzin. Z czasem było coraz gorzej...dostałam jadłowstrętu i osłabłam tak, że siedzenie na łóżku było wysiłkiem. Do tego miałam duszności. I codziennie rano gdy siadałam na łóżku serie silnych odruchów wymiotnych-samą śliną, bo przecież żołądek po nocy był pusty. Teraz wiem, że wymioty też są objawem c.diffu.
Trafiłam do szpitala celem zrobienia testu na toksyny. Biegunki nie było, test na nosicielstwo i toksyny wyszedł ujemny.
Dzień później było jeszcze gorzej, zaczęłam mdleć. Trafiłam na sor i oddział gastroenterologii. Tam spędziłam dobę, przerażona żenującym poziomem wiedzy lekarki, która mnie prowadziła. Zero zainteresowania moimi bólowymi odczuciami, a jak mąż narobił dymu to tak mnie naładowano lekami, aż kręciło mi się w głowie i zaczęłam podsypiać. Do tego nie wierzono w moje palące objawy. Odczekałam na kolejne wyniki na toksyne, zaczęłam mieć biegunkę, tym razem z leciutkim śluzem, bez krwi i 5x na dobę. Wynik na toksyne A był pozytywny. Zażądałam wypisu na własną rękę, bo nie chciano przewieźć mnie na zakaźny.
Mąż przewiózł mnie ponownie na zakaźny. Przyjęto mnie natychmiastowo, od razu kroplówki wzmacniające i serdeczna opieka w momencie. Dostałam też gorączki 38 stopni i bólu głowy, które szybko opanowano paracetamolem.
Znów walczymy wankomycyną i chociaż dziś czuje sie mocno źle to jestem pełna nadziei, że tym razem się uda. I najważniejsze, że może zobaczę się z tatą, którego nie widziałam od 13 lat...Dzisiejszej nocy śniłam o tym spotkaniu.
Musi mi się udać!

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Pusty post stworzony dla możliwości rozmów w komentarzach.
U mnie dziś okropne pogorszenie. Słabość, mdłości, bóle...ech ;(
Jakubkaa a odezwij sie tutaj!

piątek, 27 czerwca 2014

Maska odżywcza kokosowa Prosalon professional

Obiecana recenzja świetnej maski do włosów <3
Jak wiecie z firmą Chantal podjęłam współpracę. Nie zamierzam tego faktu ukrywać, zatajać itp. Otrzymałam od nich kilka wybranych przez siebie produktów do testów. Nie ma to żadnego wpływu na moją opinię i treść recenzji! Dobrze wiecie, że jestem osobą bardzo niezależną i nigdy nie pozwalam na wywieranie na mnie jakiejkolwiek presji czy próby wpływu na moje zdanie.

Maska odżywcza kokosowa z linii profesjonalnej Prosalon to produkt, który szczerze mnie zachwycił i zaskoczył jednocześnie.

 Może dlatego, że spodziewałam się jakości i działania w stylu Kallosów ;P Tymczasem z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że maska Prosalon naprawdę włosy odżywia, wręcz powiedziałabym, że lekko odbudowuje i nie jest to działanie od mycia do mycia, lecz zdecydowanie dłużej. Zwłaszcza jeśli produkt zastosujemy regularnie np. raz-dwa w tygodniu.
Jak już wcześniej pisałam, moje włosy uratowała po szpitalu, kiedy po wyniszczeniu organizmu i przyjmowanych lekach włosy zaczęły mi wypadać ;/, były suche, szorstkie, okropne po prostu. Włosy rozjaśniane i pielęgnacja tylko szamponem to nie ma racji bytu ;p Na szczęście z tą maską szybko opanowałam sytuację- już 2 zastosowania przywróciły włosom gładkość i blask.
Czego można spodziewać się po tej masce?
+ prawdziwe odżywienie- hydrolizowane proteiny soi, ekstrakt z kokosa
+ dawka nawilżenia- alkohol nawilżający, pantenol, gliceryna
+ ochrona- cyclopentasiloxane, dimethiconol czyli film ochronny
+ lekka konsystencja kremo-żelowa, włosy pozostają śliskie, wygładzone, jakby natłuszczone ale bez efektu przeciążenia. Sprawdziłam to na różnych typach włosów, na wszystkich efekty są zbliżone, ta maska nie obciąża.
+ sprawdziła się na wszystkich rodzajach włosów- farbowane, rozjaśniane, naturalne, proste i falowane, kręcone. Przy naturalnych i prostych trzeba uważać, by nie dać jej za dużo, bo włosy mogą się szybciej przetłuścić. Pozostałe rodzaje chłoną ją jak gąbka ;)
+ włosy są wygładzone, lśniące, dobrze się rozczesują i układają, nie elektryzują
+ konsystencja idealna do rozprowadzania
+ zapach przepiękny- kokosowy, ale łagodny, nie duszący
+ wskazana do pielęgnacji wszystkich rodzajów włosów, a zwłaszcza słabych, suchych, łamliwych, zniszczonych.
+ bardzo wydajna
+ korzystna cena ok.20zł za 1kg



 
Dla mnie hit! Polecam Wam serdecznie!
Chyba to pierwsza taka sytuacja, gdy obietnice producenta na etykietce nie są tylko dobrą reklamą, ale w 100% prawdziwe. Z mojej strony duży szacunek dla firmy Chantal. Naprawdę możemy się pochwalić takim produktem również na rynkach zagranicznych ("dobre bo Polskie!") i w niczym nie ustępujemy popularnym obecnie włoskim maskom do włosów ;)

piątek, 20 czerwca 2014

Schwarzkopf Palette ICC CV12 różany blond

Dziś z okazji tego, że jestem już w domku i staram się jak najszybciej wrócić do dawnego życia w ramach mojej "terapii" nowy wpis włosowy na blogu.
Wpis dość wyjątkowy, bo przedstawiam tym razem koloryzację nowym odcieniem na sobie ;D
Dlaczego postanowiłam zdradzić swój dotąd ulubiony odcień popielaty a10 z jej siostrą- nowością od Palette?

Od dziecka (gimnazjum) marzyłam o koloryzacji na różowy blond. Różowy, grejpfrutowy, herbaciany, różany...jak zwał, chodziło o coś podobnego dawnej Joannie:

 Zanim jednak osiągnęłam wiek, kiedy mama musiała już zaakceptować moje cudactwa z włosami Joanna zniknęła ze sklepów ;( 
Z czasem zapomniałam o miłości do tego koloru, poszłam w biały blond, potem popielaty...
Aż tu nagle pojawiła się nowość od Palette. Podpowiem, że nowością są 3 bardzo interesujące odcienie jak chłodny blond poziom 8 czyli C8 i B12- waniliowy blond dla wielbicielek ciepłych, słonecznych tonów. No i oczywiście CV12, które przedstawiam ;)
CV12 różany blond, co to właściwie znaczy? Chłodno-fioletowy blond (mieszanka uzyskuje kolor liliowy), który w efekcie końcowym pozwoli nam uzyskać czysty perłowo-srebrzysty blond bez szarości, zieloności i innych kolorów właściwych popielom.
Farba ma oksydant 12%.

Z relacji zaprzyjaźnionych blondynek wyniosłam tyle, że niektóre bardzo ta farba piekła ( strupki, poparzona skóra), inne tylko kilka minut...a mnie-WCALE! Nawet chwili szczypania nie odczułam, a skórę miałam podrażnioną, nie było nawet uczucia ściągnięcia po koloryzacji ani swedzenia w kolejnych dniach. Olbrzymi szok dla mnie! W moim odczuciu farba ta jest delikatniejsza niż a10.
Dlatego jeśli zdecydujecie się na koloryzację tym odcieniem, nie wierzcie opiniom innych- musicie sprawdzić na sobie, bo jak widać, każda skóra inaczej reaguje. Ja po relacjach dziewczyn obawiałam się siekiery, a było super ;)
Mój odrost był duży- ponad miesięczny jasny brąz z siwymi. Farba sobie doskonale poradziła, trzymałam 50 minut, na długości tylko przemalaksowałam. Otrzymałam poziom 9/10, producent mówi o 5tonach rozjaśnienia, realnie jest to jakieś 4.
Efekty? Oceńcie sami!
Na pewno nie wyszły mi fioletowe pasemka, kolor nie był z początku bardzo zimny jak zwykle bywa- od razu wyszedł subtelny, perłowy, bejbi-blond.
Zdjęcia robiłam w świetle naturalnym, w różnych pomieszczeniach i udało mi się pokazać real-kolor.
Polecam! Ja póki co przy tym odcieniu jakiś czas zostanę ;)
                                           tutaj widzicie, że kolor uzyskiwany farbą jest wielotonowy





Edycja po 4 tygodniach od farbowania: Kolor minimalnie stracił na chłodzie, nic nie zżółkło ani nie zrudziało na odroście. Odcień genialny! Nawet dopłukiwać koloru nie musiałam fioletowymi tonerami.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Dobre wieści?

Miałam Was informować co u mnie.
No to żeby nie zapeszyć, chyba jest poprawa! Duża wizyta lekarska, opisano mnie jako wyjątkowy przypadek:
Rzekomobloniaste bez:
-temperatury
- wysokiego CRP
- zmian w kolonoskopii
- leukocytozy
- i do tego z pierwszym testem clostridium ujemnym :D
Test bardzo czuły hydrogenezy, dopiero wykrył u mnie odpowiedni antygen, mogę powiedzieć, że uratował mi życie.
Wszystko dzięki wspaniałemu lekarzowi D.B, który miał nosa i mi uwierzył w moje objawy. Dzięki temu, że zlecił powtórzenie testu w ich laboratorium szpitalnym, szybko postawiono dobrą diagnozę, na którą czekałam blisko półtora miesiąca.
Dziś odstawiono mi dożywianie kroplówkami, zostaję jeszcze na wankomycynie i probiotykach. Z diety 3x kleik manna/ryżowy na wodzie przechodzę na dietę niskotłuszczową.
Jak to stwierdził ordynator- "młoda dziewczyna sobie poradzi, odbuduje sie", bardzo im w to wierzę, opiekowali się mną świetnie, reagowali na każde pogorszenie- np. Środki uspokajające, gdy miałam pogorszenia i ciągle płakałam czy przeciwbóle albo osłony żołądka gdy zgłaszałam ból i mdłości.

Mąż odebrał część wyników z sanepidu, już wiemy, że nie ma żadnego współtowarzyszącego pasożyta, który by mi dokładał.

I tylko mojego wyniszczenia szkoda, przy niskiej wadze wyjściowej, w miesiąc 5-6 kg, wielki żal do lekarzy niekompetentnych pozostanie we mnie na zawsze, ale i wdzięczność dla takich jak D.B z wiarą, oby było ich w różnych specjalizacjach więcej.

czwartek, 12 czerwca 2014

Clostridium difficile- doświadczenia własne.

Doszłam do wniosku, że taki post również Wam się przyda.
Zaznaczam, że nie jest to opracowanie naukowe, a ja sama medycyny nie studiowałam ( choć wielu lekarzy z jakimi się stykam odnosi takie wrażenie).
Zakażenie toksynami clostridium difficile= rzekomobłoniaste zapalenie jelita grubego.

Od czego zaczęła się moja męka?
Wiecie, od eradykacji helikobaktera. Dziś wiem, że prawdopodobnie przyczyną prawie zabójczej biegunki było zastosowanie antybiotyków duomoxu i metronidazolu na H.P. albo/i pobyt w szpitalu, gdzie doszło do zakażenia.
Nie wiem, dlaczego oddział gastroenterologiczny zignorował tą informację...Niemniej po wyjściu ze szpitala dopadła mnie okrutna biegunka, tak intensywna, że wydalałam więcej płynów niż byłam w stanie przyjąć- kroplówka 500ml pwe to 4 wycieczki do toalety, przelatywało przeze mnie wszystko nawet woda czy herbata. Dobowo osiągałam kilkadziesiąt wypróżnień, oczywiście mdlałam co rusz na tej toalecie, słabłam w oczach i w końcu przestałam jeść i pić. W intensywnej formie ta makabra trwała prawie 4 tygodnie. Co kilka dni trafiałam na SOR, a oni tylko twierdzili że morfo mam ksiązkową, dostawałam kroplówke i do domu. Aha, i jeszcze co raz nową receptę na hiper-probiotyki, leki znieczulające i rozkurczowe na setki zlotych! Na moje jęki o biegunce warczono na mnie, żebym brała więcej loperamidu. Że to nie jest problem gastrologiczny ( serio, a jaki? Biegunka i bóle brzucha?), żebym się uspokoiła bo to zespół jelita drażliwego.
Kilka razy nie wykonano mi nawet morfologii-bo niedawno robiono. Leżałam kilka godzin na sorze, nikt nie przychodził, dostawałam kroplówke, wpadał wściekły gastrolog, bez słowa znikał i przynoszono mi wypis do domu. Tak jakby mi przyjemność sprawiało zawracanie im głowy. Moje coraz gorsze ekg i ciśnienie zignorowali totalnie...Odwodnienie było coraz większe, zaburzenia elektrolitowe, aż przestałam prawie chodzić siku. A oni nic.
W końcu po zasłabnięciu u rodzinnego dostałam nowy trop-żeby jechać do sanepidu i na zakaźny. Niestety próbka do sanepidu to był już tylko śluz i krew, wyglądające jak keczup w ilości łyżeczki do herbaty- na szczęście tam konkretni pracujący ludzie podzielili to na szkiełka i w chwili obecnej sprawdzane jest to chyba na wszystko co się da-pomijam fakt opłaty badań za ponad 200zl. Dziś wiem, że pasożyty zostały wykluczone.

Ważna informacja dla Was
Jeżeli stosowaliście jakiekolwiek antybiotyki, nieważne czy kilka dni, tygodni czy jedną dawkę, albo byliście w szpitalu, a wystąpi u was biegunka dosyć charakterystyczna od razu aż do 2miesięcy później, to moja rada- od razu brać skierowanie na test toksyn clostridium, bo jeśli wyjdzie wam plus jak mnie, to liczy sie czas-szybsze leczenie, mniejsze wyniszczenie i szansa powodzenia.
Jeśli skierowania nikt nie chce wam dać, zróbcie ten test prywatnie! Najlepiej gdyby osobno było oznaczone nosicielstwo a osobno toksyna. Mnie na gastrologii zrobili tylko toksyne i wynik wyszedl im fałszywie ujemny, jeśli jest ujemny trzeba badanie powtorzyć 3x z ujemnym wynikiem by wykluczyć. U mnie nie powtórzono, co dało mi 2 tygodnie męki więcej.

Teraz obraz biegunki- wiadomo przy antybiotykach luzniejsze stolce mogą być ale jeśli jest ich więcej niż 5-10 na dobę, po kilku dniach nie mijają, do tego bardzo silnie skurczowo boli podbrzusze- jakby non stop było parcie, do tego biegunka jest wodnista i śluzowa, w końcu krwawa, niesamowicie zaczynacie śmierdzieć zepsutym rozkładającym mięsem również z buzi to jest prawie 100% clostridium!
Teraz obalam mit, w jaki wierzyli moi gastrolodzy-kilku lekarzy z jakimi się zetknęłam:
- w kolonoskopii może nie być błon rzekomych widocznych na jelicie-u mnie tak było już 2x, w 2007 przechodziłam to samo po zinnat i duraceff.
- nie zawsze wystąpi gorączka, ja miałam osłabienie na 35 z kreskami
- wyniki ujemne zawsze należy dla swojego dobra weryfikować, w moim przypadku na zakaźnym miałam szczęscie, bo ich dokładniejsze narzędzia pokazały raz ze jestem nosicielem, a dwa że są toksyny, czyli miałam dwa plusy!
- może nie być dużych odchyleń morfologii i leukocytozy! U mnie tak było!
- biegunka niewiadomego pochodzenia to jest problem gastrologiczny! Nie dajcie sobie wmawiać zespołu jelita drażliwego jak mnie w ten sposób olewano!
- absolutnie nie wolno brać leków typu stoperan, loperamid! Może dojść do toksycznego rozdęcia jelita, operacji i śmierci! A mnie gastrolodzy od tygodni faszerowali lekami stopującymi biegunke- albo działało na chwile, albo wcale, dobrze że nie uszkodziło mi jelit-pewności jeszcze nie mam.

Leczeniem objęto mnie szpitalnym ze względu, że metronidazol mógł spowodować mi rzekomobłoniaste, mimo iż je leczy...do tego akcje z sercem mogą być powikłaniem po nim, stąd hospitalizacja i wankomycyna jako lek ostatniej szansy.

Przestrzegam was przed antybiotykami, stosujcie tylko w koniecznych sytuacjach, nie ufajcie do końca lekarzom, zawsze domagajcie się badań!
Od tych toksyn w wyniku wyniszczenia organizmu można umrzeć!!!
Nigdy nie bagatelizujcie biegunki trwającej dłużej niż kilka dni i nasilającej się czy utrzymującej, szukajcie jej przyczyny, bo nic samo się nie dzieje.
Wasze zdrowie jest w waszych rękach!

środa, 11 czerwca 2014

Znowu szpital...

Walczę z clostridium difficile.
Trzymajcie kciuki żebym wygrała, bo poddać się nie zamierzam. Ale różnie może być, wierzę, że lek ostatniej szansy musi zadziałać.
Dużo czasu straciłam przez złą diagnostykę i słabych lekarzy, na których trafiałam.
W każdym razie miło było mi prowadzić ten blog, nie kasuję go i mam nadzieję, że przyda się jeszcze wielu osobom.

piątek, 30 maja 2014

Maseczki Biovax opinie blondynek ;)

Długo przygotowywałam tą notkę.
Któregoś wieczoru wpadłam na pomysł z moimi blondynkami z W., że może fajnie wyszedłby wpis zbiorczy zawierający opinie farbowanych/rozjaśnianych blondynek o popularnych hitowych maskach do włosów L'Biotica Biovax.
Dzięki pomocy dziewczyn udało mi się wyciągnąć pewne wnioski ;)



BLOND_PRINCESSKA
Miałam tą z olejkami i jak dla mnie super, zużyłam całe opakowanie, włosy miękkie, puszyste i sypkie. Zapach jak dla mnie też ładny. Nie obciąża. Jak będzie w promo to kupię jeszcze jedno opakowanie.
Chociaż jak dla mnie ostatnio numerem jeden jest Timotei z olejkami.


cami86
Pierwsze co mnie przeraziło, to czas przetrzymywania tych masek. Zazwyczaj jest mi ciężko wygospodarować więcej niż 5 minut na tego typu zabieg. Jestem pełnoetatową mamą dwójki brzdąców, które stale ode mnie coś chcą i jak zamykam się w łazience, to zaraz rozlega się dobijanie do drzwi i wołanie. Ale do rzeczy: z tymi maskami wymyśliłam sobie taki sposób, że przed położeniem młodego na południową drzemkę myję głowę, nakładam maskę, zawijam w turban i idę z małym do sypialni, a że usypanie go trwa jakieś 30 czy nawet 60 minut, więc maseczka ma czas aby spokojnie sobie zadziałać. Jak już uśnie, to idę do łazienki i zmywam. Oczywiście gdybym użyła maski np. Loreala to przyklap gwarantowany. A w przypadku tej maski 5, 10 czy nawet 15 minut to jednak za krótko. Może dlatego dziewczyny nie były zadowolone?
Jeżeli chodzi o rezultaty, to brązowa z olejkami mnie zachwyciła, natomiast niebieska z proteinami poległa na całej linii. Moje włosy nie cierpią kokosu, np po Dove z olejkami fruwają i puszą się jak wściekłe, a w tej maseczce jakimś cudem je akceptują. Są miękkie, wygładzone i pięknie pachną. Jednocześnie nie są oblepione żadnym filmem. Jeżeli chodzi o niebieską z jedwabiem, to istna strzecha na głowie
. Totalne siano, którego nie mogłam pozbyć się przez 3 mycia. Zdecydowanie nie dla mnie.
Na plus na pewno wydajność, jedna saszetka starczyła mi na 3 użycia (włosy cienkie, do ramion).

czekoladowoo

Ja miałam 3 biovaxy i tak:
-pomarańczowo-biały - używałam za czasów i ciemnych włosów i jak schodziłam na blond, i generalnie cudeńko. Włoski miękkie, takie hmm puszyste ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu, o.. mięsiste! ale nie puszyły się, ale pamiętam, że kilka osób się skarżyło, że chyba ociepla kolor
- jedwab i keratyna, też lubię ale daje zupełnie inny efekt, włosy są sypkie, mięsiste ale zupełnie inne niż po tej poprzedniej, po tej regenerującej bardziej czuć, że coś było nakładane, po tej ja mam zawsze wrażenie jakbym niby nic nie nakładała, a moje włosy są ok i nie potrzebują cudów

- olejkowa - tu mi się najtrudniej wypowiedzieć, tragedii nie ma ale rewelacji nie robi, włosy się wydaja mięciutkie, delikatne w dotyku, ale mam wrażenie, że końce mi się po niej puszyły, ale nie chce tutaj wydawać do końca recenzji, bo wiem, że mam końce do podcięcia, więc po podcięciu użyje jeszcze raz i sprawdzę czy jest jakaś różnica.
No i jeden wniosek do wszystkich masek - zawsze będą działać lepiej jak się je podgrzeje na łbie, a nie tak o nałoży. I one też nie dają często efektu wow, ale stosowane regularnie faktycznie poprawiają kondycje włosa.


xXxKYLIExXx
Ja miałam kilka Biovaxow. Wieki temu, jakieś 5 lat wstecz, kiedy schodziłam z czarnego używałam Waxa do blondu, ale to chyba była firma Rainforest czy coś takiego.To nie był ten słynny Biowax. I wtedy tamta była dla mnie rewelacyjna.
Oczywiście stosowałam pod czepek w cieple i na pół godziny czasem na godzinę. Włosy były sypkie, miękkie, prostowały się same. Także tutaj wielki plus.
Ns jakoś 2-3lata temu, kiedy kolor miałam już wyprowadzony i pozostała tylko regeneracja, kupiłam  Biovaxa Latte-DRAMAT. Włosy sztywne, sianowate, spuszone pod sam sufit. Próbowałam różnie i na ciepło i bez podgrzewania, na godzinę, na 5 min. Efekt ciągle ten sam. Sama nie wiem jak ja to paskudztwo w końcu zużyłam
.
Później zgarnęłam Biowaxa do wypadajacych u Bunny na rozdaniu (2012). I tu efekt też był rewelacyjny
: włosy miękkie, zdyscyplinowane ale zdecydowanie podkreślony był skręt włosów. Faktycznie zmniejszał wypadanie, bo wtedy miałam z tym problem w związku z przeprowadzką.
Później przyszedl czas na saszetki w Biedronce.
Keratyna+jedwab okropieństwo. Włosy ledwo się rozczesały, już w czasie schnięcia widziałam co się dzieje z moimi biednymi końcówkami
- siano,siano i jeszcze raz szopa.
Po Waxie z olejkami (makadamia,argan,kokos) nie widziałam w ogóle nic na włosach
, jakbym tylko szamponu użyła, więc tu nie mogę powiedzieć jak zadziałał, bo nie zadziałał.
Wczoraj użyłam Waxa do włosów suchych i zniszczonych (pomarańczowa szaszetka) i...chyba kupię pełnowymiarowe opakowanie
. Jestem nią zachwycona. Może to też zasługa wczorajszego podcięcia, ale kładłam ją także na skórę głowy i włosy mam takie miękkie i gładkie, że nie mogę przestać się dotykać. Naprawde jestem z tego Waxa bardzo zadowolona. Włosy są mięsiste,trzymają się siebie, nie rozcapirzają się, no mega i czuję, że dostały to czego chciały.
Oczywiście wszystkie testowane saszetki stosowałam na ciepło na ok. 45 min.


milka_m
Ja jak miałam jeszcze ciemne włosy, to używałam tej do włosów suchych i zniszczonych. Dobrze nawilżała, włosy były wygładzone, miękkie, lepiej się układały, ogólnie byłam zadowolona, nawet ostatnio miałam ją znowu kupić. Miałam też tę z proteinami mlecznymi (w biało-niebieskim opakowaniu) i ta z kolei kompletnie nic nie robiła z włosami, ani dobrze ani źle, zupełnie jakbym nic na włosy nie nakładała. Męczyłam się z nią, bo mi było szkoda wyrzucić ale więcej nie kupię.


susuanne
Miałam dwie jedynie, tą z olejkami z kokosu, makadamia oraz tą do włosów suchych. Obie są bez szału według mnie. Mam włosy wysokoporowate jedynie na końcach i po tych maskach miałam po prostu miotełki na końcach. Moim zdaniem te maski nie są do końca warte ani pieniędzy, ani uwagi. Według mnie jest wiele lepszych, a efekty nie są nawet adekwatne to ceny, bo nawet 5 zł bym za nie nie dała.

moja opinia: Miałam 3 saszetki.
Keratynowa maska- koszmar. To samo co u Kylie, czyli szopa, siano i sterczące włosy jakby prąd mnie poraził ;/
Olejkowa- średniaczek. Efekty ciężko zauważalne, normalnego opakowania bym nie kupiła, bo to w moim wypadku strata czasu i pieniędzy.
Do włosów suchych- jedyna, która mi się spodobała. Włosy miękkie, gładkie i ładnie układające się. W tą mogłabym zainwestować.
Wszystkie stosowałam na 30-40 minut, okręcone ręcznikiem. 

Podsumowując nasze opinie.



Nie podeszły nam maski z proteinami- zarówno latte jak i keratyna + jedwab. Być może dlatego, że włosy rozjaśniane niekoniecznie lubią się z proteinami, a już rzadko kiedy z keratyną. 



Najlepiej oceniamy maskę do włosów suchych i zniszczonych oraz tą z olejami.

 Maska do włosów osłabionych/wypadających też krzywdy nie uczyniła.

Oczywiście nie chciałabym, żebyście sugerowali się wyłącznie naszymi opiniami ;) Każde włosy są inne i inaczej mogą reagować na dany kosmetyk, jednak myślę, że udało nam się pokazać pewną tendencję, mimo różnych strukturalnie włosów- cienkie, falujące, normalne, proste itp. Cechą wspólną jest, że farbujemy je na blond i jak można zauważyć, najlepiej oceniamy kosmetyki o działaniu natłuszczająco-nawilżającym.

ps. Który biovax jest waszym ulubionym?
 

poniedziałek, 26 maja 2014

L'Oreal excellence 8.1 + 8.13

Dziś korzystając z tego, że czuję się lepiej przygotowałam dla Was wraz z modelką Agą relację z farbowania popularnymi L'Orealami Excellence:
8.1 jasny popielaty blond
8.13 perłowy beż
Farby wymieszane zostały pół na pół, obie zawierają oksydant 6%.
Modelka wcześniej miała włosy koloryzowane jasnym blondem poziom 9/10. Naturalny odrost koło średniego/ciemnego blondu. Farba została nałożona od razu na całe włosy i trzymana 50 minut.
Uzyskany kolor wyszedł pieknie beżowy i naturalny, przy czym nie tak ciemny jak mieszanka majirel 8 z 8.2 na 6%.
Skóra podczas koloryzacji nie szczypała tak jak przy farbach na 9% ( mamy tu do czynienia z wrażliwą skórą). Włosy siwe nie wszystkie zostały idealnie pokryte, niemniej nie są widoczne.
W mojej opinii? Śliczny, naturalny, perłowy efekt! Włosy wyglądają mega zdrowo. Jeżeli szukacie fajnego blondu z poziomu 8 to polecam Wam tą mieszankę ;)
A jak Wam się podoba?
Ps. Mojej modelce dziękuję za cudowną fotorelacje, bo nareszcie możemy pokazać włosy "przed i po" ;*
Ps.2. Bądźcie łaskawi jeśli chodzi o ocenę tej notki...jakoś nie mogę zebrać dobrze myśli jeszcze ;( i nie wiem na ile poprawnie to wszystko wyszło...

PRZED




PO




No i popatrzcie jaka gapa jestem...
WSZYSTKIM MAMOM WSZYSTKIEGO NAJ Z OKAZJI ICH ŚWIĘTA! <3

poniedziałek, 19 maja 2014

Powrót do normalności cz.3

Po kilku dniach w domu, z dosyć słabym samopoczuciem- ból w klatce piersiowej taki parząco-kłujący, czasem uczucie pogorszenia jakości oddychania ( jakbym miała ciężar na płucach), niesamowicie szybkie zmęczenie owocujące nasileniem kłucia np szybkie przejście z pokoju do łazienki, postanowiłam odwiedzić rodzinnego. Musiałam mu pokazać kartę ze szpitala i chciałam zrobić kontrolne ekg. I tu spotkał mnie kolejny zawód, ekg wraz brzydkie, widoczne niedokrwienie ;( Trochę się załamałam, ale rodzinna ogarnęła mnie mówiąc o kontrolach co kilka mcy lub w razie pogorszenia i bólu i dała mi nadzieje, że może zmiany w ekg z czasem znikną. Niewielka szansa ale jest i jej się trzymam.
Bez wsparcia bliskich mi osób nie wiem jak bym sobie poradziła, bo zaliczyłam załamanie i dół psychiczny jak nigdy w życiu. Jednak ktoś nade mną czuwa i zesłał mi ludzi, którzy w tym koszmarze wsparli mnie i mojego męża. Dzięki nim, mój mąż był dla mnie w każdej sekundzie nieustającym oparciem.
***
Dziś odebrałam wypis z drugiego szpitala i wreszcie wiem, skąd moje męki na tle żywieniowym ;/ Na szczęście to nic poważnego, będzie tylko utrudniać życie. Znów latami bym nie wiedziała w czym problem, dopiero ostatnie badanie-pasaż jelit wykazało nieprawidłowość. Cieszyłam się jak głupia, mało nie wycałowałam pani doktor ze szpitala ;) Teraz jeszcze kilka tygodni czekania na wycinki i mam nadzieję, że to już będzie szczęśliwe zakończenie tej historii.
I liczę, że sercu się poprawi.
Dziś poszłam na pierwszy samodzielny półgodzinny spacer i mimo problemu ze schodami (jeden postój), pulsik po zmierzeniu miałam 74! Książkowo! Od tygodni nie osiągałam takiego wyniku. Jestem dobrej myśli...
Dziękuję Wam za słowo otuchy <3

No i czas na wnioski ;)
- jeżeli coś dłuższy czas cię boli nie daj się zbyć lekarzowi, że to tło nerwowe. Nawet jeśli, to może być też inna przyczyna lub kilka ( jak u mnie). Jeśli lekarz stawia opór antybadaniowy/skierowaniowy to idź do innego! Masz prawo się badać jeżeli widzisz taką potrzebę. Sama przeszłam 3 gastrologów i dopiero konsultacje lekarzy w szpitalu wyjaśniły moją sytuacje po wielu badaniach. Nie zapominajmy też o profilaktyce!
- leki to nie cukierki! Oczywiście dużo zależy od siły jednostki i jej tolerancji, ale spójrz na mnie- w chwili obecnej strach podać mi jakikolwiek antybiotyk, bo z uczulenia na grupę C, właśnie zniszczyłam sobie zdrowie amoksycyliną połączoną z chemioterapeutykiem, czyli doszła kolejna grupa.
- jeżeli masz bóle związane z sercem, to nie czekaj! Jeżeli prócz kłucia dochodzi duszność, a ból się nasila wezwij karetkę i do jej przyjazdu się połóż. Największą głupotą jest szukanie dojazdu na własną rękę, ponieważ możesz stracić przytomność, a przy zawale liczy się "złota godzina".
- jeżeli ból jest silny i nie mija, idź do lekarza, na dyżur czy SOR, bo czekanie aż samo przejdzie może się źle skończyć
- uzewnętrzniaj emocje, nawet jeśli to płacz przez kilka dni jak u mnie ;) Najgorsze to dusić lęki w sobie, bo potem nerwy dalej nas szarpią.
- nikt, absolutnie nikt na świecie nie jest warty takich twoich nerwów, żeby skończyło się jak u mnie lub nie życzę-gorzej! Ja dopiero teraz dostałam lekcje, że toksyczne osoby należy omijać z daleka, kontakty kategorycznie zerwać, nawet przerwać ciąg informacji zasłyszanych na ich temat. Wcześniej zależało mi na tym, by zachować kulturalny dystans, teraz wiem, że z moją wrażliwością jest to destrukcyjne dla mnie, więc powinnam kierować się zdrowym egoizmem i egocentryzmem. Jeżeli ktoś jest takim durniem, że kopie moją wyciągniętą dłoń to powinien dla mnie przestać istnieć, a nie ja psuję sobie nerwy by mimo wszystko mu pomóc czy do niego dotrzeć.
- ciężkie sytuacje pokazują nam na kogo naprawdę możemy w życiu liczyć i co ciekawe, obcy ludzie okazują swoje bezinteresowne oddanie i pomoc, a tymczasem bliższa rodzina...bez komentarza ;] Pocieszam się myślą, że kiedyś przyjdzie czas na te osoby i los wszystko wyrówna i przekonają się jak można czuć się bezbronnym, słabym, zniszczonym i samotnym.
- warto chwilę zastanowić się nad swoim życiem i jego jakością. Ja mam obecnie przymusowe zdrowe żywienie i bardzo higieniczny styl życia ;) Jednak chyba lepiej samemu żyć na tyle zdrowo, by nie musieć wprowadzać dużych zmian po szpitalu- wreszcie jem śniadania! Małe co prawda, ale dzięki lekom będzie lepiej za jakiś czas. Pamiętajcie- 5 posiłków!Mogą być malutkie, byle regularne i spożywane spokojnie i powoli.

Patrzę śmiało w słońce ( piękną mamy pogodę!) i wiem, że będzie lepiej.
Buziaki Kochani i jeszcze raz dziękuję za wasze wsparcie!

niedziela, 18 maja 2014

Powrót do normalności cz.2.

Droga taxówką na SOR wydawała mi się nieskończenie długa. Lał deszcz i było zimno. W izbie przyjęć zaskoczyła mnie reakcja pracownika, może mniej-więcej w moim wieku. Ratownik w sekundzie podstawił wózek i zawieźli mnie na salę z parawanami. Szybko pobrali krew, musieli tez oznaczyć mi grupę, bo nie wiedziałam jaką mam. Przyleciało 3 pielęgniarzy i kilku lekarzy. Biegali i szeptali.W końcu zmusiłam ratownika by powiedział co się dzieje...Nawet męża do mnie nie wpuszczali, musiałam leżeć, nawet nie mogłam usiąść czy skorzystać z łazienki. Gdy usłyszałam: "Podejrzewamy, że ma Pani zawał", zmroziło mi krew w żyłach. Poprosiłam o wpuszczenie męża...Powiedziałam mu co jest. Potem kilka minut płakałam i szeptaliśmy czułe słowa, a 40 minut oczekiwania na wynik badania krwi i oznaczenie troponin było wiecznością. Wynik na szczęście nie pokazał obecności enzymów zawałowych w mojej krwi. Kolejną krew zrobili za jakiś czas- sprawdza się czy coś się zmieniło. W tym czasie zawieziono mnie na rtg i echo serca. Miałam też jeszcze ze 2 ekg. Wciąż "paskudne" jak twierdzili wykonujący...Ekg pokazywało niedokrwienie i już.
O czym wtedy zalana łzami myślałam? Że to niesprawiedliwe co się dzieje, że jestem taka młoda i w miarę zdrowo żyję ( w porównaniu do znajomych moimi grzechami było niejedzenie śniadań i kawa na czczo, no i dużo stresów ), może tylko ostatnio byłam ciut destrukcyjnie znerwicowana...Nie chciałam uwierzyć, to co się działo było jak koszmar...Strach był coraz silniejszy, ogarnął mnie lęk przed śmiercią- myślałam " nie byłam nawet mamą...", zawały w wieku przed 40 rokiem życia są najgroźniejsze i zbierają okrutne żniwo, bo młode serce nie umie się bronić.
Przygotowano mnie do koronarografii i przewieziono na OIOK gdzie podłączono do aparatury. Kilka dni tam spędziłam, nie mogąc wstać nawet do toalety, pod obserwacją. Kardiolodzy nie umieli jednoznacznie powiedzieć co się dzieje i co to spowodowało, choć ich diagnozą było, że to polekowe powikłanie albo czynnościowe na podłożu nerwowym, może też jakiś zespół żołądkowo-sercowy. Bo problem jedzenia wciąż trwał, w końcu upłynął tydzień gdy nie jadłam i zaczęłam słabnąć. Brat i mąż byli przy mnie codziennie...niestety nie bardzo umieli mnie pocieszyć, kilka razy dziennie płakałam. Na pewno ich obecność sprawiała, że chociaż nie czułam się opuszczona i samotna. Jednak patrzenie na moją rozpacz, załamanie i ból nie było łatwe i ich oczy mi to pokazywały.
Ponieważ wydawało się, że sytuacja została opanowana, bo nie pogarszało się, mój mąż wraz z ordynatorem zaplanowali przewiezienie mnie do innego szpitala, gdzie był oddział gastroenterologiczny. Ostateczna diagnoza była o tyle dobra, jak "zawał bez zawału", echo i krew zaprzeczały, ekg potwierdzało. Niemniej z pracą serca było nie tak- minimalny wysiłek jak siedzenie to było dla mnie 120-150 uderzeń serca...spoczynek koło 90-100 ( powinno być 70-80).
W dniu przewiezienia, wszyscy wspaniali ludzie, których poznałam, ze wzruszeniem żegnali mnie, życzyli zdrowia i nazywali "słoneczkiem", "czarodziejką", "ich szybką" i nawet jedna Pani nawet mnie wycałowała. Nigdy nie zapomnę troski i uwagi jaką przez całe doby poświęcali mi pielęgniarze i lekarze- wspaniała ekipa ludzi umiejących ze sobą współpracować i dających z siebie naprawdę wszystko.

W 2 szpitalu było już inaczej, " normalnie". Nie było już takiej troski, obchód 2x dziennie, pielęgniarek zbyt mało i wieczne oczekiwanie...Na plus za to było tempo badań, wprost zabójcze ;) Gdyby weekend nie pokrzyżował planów, w ciągu 3 dni byłabym po serii badań wszelakich, które co prawda nie wykazały wiele złego ani groźnego, niemniej były musowe- gastroskopia, kolonoskopia, pasaż jelit. Minął 2 tydzień. Tu też lekarze jednoznacznej odpowiedzi mi nie dali co spowodowało mój zły stan, choć skłaniali się do nieszczęsnej reakcji na antybiotyki. Grunt, że krwawienie z przewodu pokarmowego ustało, a bóle się zmniejszyły, no i zaczęłam jeść i nie musiałam być dożywiana kroplówkami. Niestety blisko 4 kg, których przytycie zajęło mi 5-6 lat, zniknęło w 2 tygodnie. Dzień powrotu do domu, był dla mnie świętem.

Nie było jednak łatwo- okazało się, że wejście na 3 piętro to dla mnie Giewont ;(
I nie był to koniec złych wiadomości...cdn.