sobota, 12 lipca 2014

C.diff nawrót 1

Niestety, stało się. Koszmar powrócił.
Wszystko miało jednak tym razem inny przebieg.
W domu na xifaxanie czułam się dobrze. 4 dni stosowania wręcz jak niechorująca nigdy wcześniej bogini i jedynym znakiem choroby było moje wychudzenie na 46 kg.
Energia mnie rozpierała, miałam chęć do życia i apetyt. Oczywiście wg zaleceń trzymałam dietę lekkostrawną- gotowane, duszone, pieczone bez tłuszczu, zero surowego, ciężkostrawnego, błonnikowego.
Dziwnie zaczęłam się czuć jakiś tydzień od ostatniej tabletki xifaxanu, zrzucałam winę na zmęczenie, długą hospitalizację, upały itp.
Czułam się osłabiona, apetyt malał, ciągle zmęczona, czasem zabolał mnie brzuch. W kolejne dni doszła niesamowita nadkwaśność po wszystkim czego bym nie zjadła, bóle wrzodowe żołądka i dwunastnicy-i na czczo i po jedzeniu. Nawet gdy piłam samą wodę czułam palący ból. W końcu nie mogłam spać w nocy, bo palący-piekący ból jakby obejmował cale moje wnętrzności-od jelit aż po płuca. To było nie do wytrzymania-pojechałam do rodzinnego. Zaczęłam brać inhibitory pompy protonowej- mesopral i polprazol. Przekraczałam dzienne dawki a palący ogniem ból w układzie pokarmowym mijał na max kilka godzin. Z czasem było coraz gorzej...dostałam jadłowstrętu i osłabłam tak, że siedzenie na łóżku było wysiłkiem. Do tego miałam duszności. I codziennie rano gdy siadałam na łóżku serie silnych odruchów wymiotnych-samą śliną, bo przecież żołądek po nocy był pusty. Teraz wiem, że wymioty też są objawem c.diffu.
Trafiłam do szpitala celem zrobienia testu na toksyny. Biegunki nie było, test na nosicielstwo i toksyny wyszedł ujemny.
Dzień później było jeszcze gorzej, zaczęłam mdleć. Trafiłam na sor i oddział gastroenterologii. Tam spędziłam dobę, przerażona żenującym poziomem wiedzy lekarki, która mnie prowadziła. Zero zainteresowania moimi bólowymi odczuciami, a jak mąż narobił dymu to tak mnie naładowano lekami, aż kręciło mi się w głowie i zaczęłam podsypiać. Do tego nie wierzono w moje palące objawy. Odczekałam na kolejne wyniki na toksyne, zaczęłam mieć biegunkę, tym razem z leciutkim śluzem, bez krwi i 5x na dobę. Wynik na toksyne A był pozytywny. Zażądałam wypisu na własną rękę, bo nie chciano przewieźć mnie na zakaźny. Nie pozwoliłabym, by nawrót leczyła konowałka, która nie miała pojęcia jaki antybiotyk mi dać ani o tym, że metronidazol może dawać powikłania sercowe-żenada. Ale o szpitalach lubelskich to bym mogła książkę napisać i poziomie większości lekarzy z jakimi miałam do czynienia. I nie byłyby to komplementy, a raczej opowieści z krypty ;/
Mąż przewiózł mnie ponownie na zakaźny, tu na szczęście pracują życzliwi ludzie z ludzkim podejściem. Przyjęto mnie natychmiastowo, od razu kroplówki wzmacniające i serdeczna opieka w momencie. Dostałam też gorączki 38 stopni i bólu głowy, które szybko opanowano paracetamolem.
Znów walczymy wankomycyną i chociaż dziś czuje sie mocno źle to jestem pełna nadziei, że tym razem się uda. I najważniejsze, że może zobaczę się z tatą, którego nie widziałam od 13 lat...Dzisiejszej nocy śniłam o tym spotkaniu.
Musi mi się udać!