środa, 4 września 2013

Ślub wspomnienia cz.3 uroczysty obiad, kolejne wpadki, rzuty bukietem i krawatem

Po toaście w 16 stołach okazało się, że nasze stoły nie są ulokowane na sali, o której była mowa z panią menadżer restauracji ;/ co gorsza! nasze stoły były ustawione zupełnie inaczej niż tego wymagaliśmy! Spotykaliśmy się 3 razy z szanowną panią menadżerką w celu ustalenia wszelkich szczegółów i wykonaliśmy do niej kilkanaście telefonów, więc moim zdaniem to prawdziwy skandal, że jeszcze tydzień wcześniej było wszystko umówione i nawet nie poinformowano nas o jakichkolwiek zmianach! Jako, że gości miało być niewielu- około 30 osób, gwarantowano nam, że uda się usadzić gości przy jednym stole ( na czym nam bardzo zależało) ustawionym w kształt litery "U". Przy czym na środku mieliśmy siedzieć my-młodzi, obok nas starsi, dalej rodzice, rodzeństwo dalsze itd.
Tymczasem na sali, do której nas poprowadzono ustawiono 3 stoły- 2 długie i jeden na 5 osób- gdzie my plus starsi to 6 osób ;/ taki szczegół... w nerwach i szoku zapytałam kelnerkę, która miała cały wieczór być do naszej dyspozycji wyłącznie, co to ma znaczyć?!
Dziewczyna odparła tylko slogany w stylu: ale my mieliśmy takie zalecenia! tego się nie dalo inaczej ustawić! itp.
Oczywiście sprawy tak nie zostawiliśmy, mój A. wściekły zaczął dzwonić do nieobecnej menadżerki...jak można się było spodziewać jej telefon był wyłączony ;]
Mój A. zamierzał już ustąpić, zrezygnować, usiąść jak się dało- rodziny siadły i tak osobno, ale ja nie zamierzałam odpuścić!
Nasz stół dla młodych był tak beznadziejnie ustawiony, że przez stojący obok słup całą imprezę-obiad nie widziałabym nawet nikogo z rodziny, bo wszystko zasłaniał.
Rodzina siedziała w otępieniu przy stołach i patrzyła jak miotając się z siostrą i starszym J. zaczęliśmy logistycznie zmieniać układ ustawień stołów na sali i po prostu pościskaliśmy gości tak, że dosiedliśmy się do stołów gości ustawionych równolegle. Niestety zostaliśmy rozdzieleni ze starszymi E. i R., bo ich musiałam przenieść do stołu z rodziną mojego A., a my dosiedliśmy się do stołu z moją rodziną.
Dziś myślę, że to musiało zabawnie wyglądać jak wściekła miotałam się, rozkazując gdzie przenosić krzesła, gdzie odstawić niepotrzebne stoliki itp., ja nawet w tej sukni mało mebli nie brałam i sama nie przenosiłam ;D powstrzymali mnie starsi ;)

Był to też moment poważnego spięcia z moim A.- mimo obecności gości wypyskowaliśmy sobie dosyć ostro, bo on uważał, że nie ma co robić afery, jak nas resto przekręciła to trudno, inaczej to się załatwi (czyli z jego podejściem wcale). A my kłócimy się jak burza z piorunami, czasem uszy więdną ;D, na szczęście rodzinka zna nas już pod tym kątem, więc każdy udawał, że nic się nie stało, a mój A. ustąpił moim rządom i wyszedł na papieroska.
Potem miałam chwilę przerwy na dalsze ogarnięcie sytuacji, bo zapanowała grobowa cisza, rzuciłam w złości nawet jakiś suchar, że to chyba jakaś stypa a nie wesele...
Złość przyszło mi wyładować niestety na kelnerce, która nie wiem czy to ze stresu czy braku doświadczenia sama nie radziła sobie z obsługą 26 osób. Zanim podała zupę, pierwszy stół skończył jeść, drugi dopiero mógł zaczynać, jak polewala pierwszą kolejkę wódki- to na toasty szło czekać w nieskończoność. W restauracji obecni byli też inni kelnerzy/barmani, ale tylko wycierali kieliszki za barem albo stali w swojej służbówce i rozmawiali ;/
Wzięłam sis pod pachę i ruszyłyśmy "ustawiać" kelnerkę.
Zażądałam wódki na stoły- sami sobie poleją goście ;] i żeby zagęszczano trochę ruchy i że to ja od tej pory decyduję o kolejności podawania dań ( a było ich mnóstwo, plus deser lodowy i tort).
Powoli wszystko ruszyło z kopyta, doszła druga kelnerka- moja ulubiona blondynka, która jest cudowna w tym co robi ;3...

Przez chwilę siedząc w milczeniu na swoim krześle, patrząc na parujący obiad, którego zjeść nie mogłam z powodu szopek z jelitami, otępiona na podwójnej dawce leków uspokajających i codziennych, zaczęłam myśleć, że to najgorszy dzień w moim życiu...
Po co mi to wszystko było, teraz goście siedzą w ciszy i wyglądają na znudzonych i smutnych, nikt nie chce zacząć polewać ani rozmawiać...Jest gorzej niż tragicznie, łzy cisnęły mi się do oczu z wściekłości i bezsilności- przecież wszystko tak wspaniale zostało zorganizowane, przemyślane, milion razy obgadane...zawiódł czynnik ludzki- tylko i wyłącznie.
Byłam zła, że w ogóle tyle nerwów mnie to wszystko kosztowało, tyle łez, tyle marzeń...
Mogłam pojechać ze świadkami do urzędu, wziąć cichy ślub jak chcieliśmy, ale nie!
Rodzice wymogli na nas, że tak nie można, że oni poczują się jak śmieci...
Więc dla nich cały ten trud i impreza, która zaciskała mi pętlę na szyi, chciało mi się wyć z bólu.

Rozjaśnienie umysłu przyszło dosyć szybko ;)
Postawiłam wszystko na jedną kartę- starsi i nasi przyjaciele zaczęli polewać w szybkim tempie wódeczkę, doszłam do nie wiem której szybkiej kolejki i poczułam się bardzo źle- ale zdrowotnie ;/
Za to przyszło cudowne rozluźnienie i obojętność, że teraz niech się dzieje co chce...
Tymczasem sytuacja zaczęła się gwałtownie poprawiać, goście zaczęli się bawić, uśmiechać, mnie było lżej.
Jak zawsze moja mama się śmiała, że "wódka to woda rozmowna", tak nagle wszyscy zaczęli się super bawić, a to nie było łatwe- 2 kompletnie nie znające się rodziny- może poza młodymi- bo imprezowaliśmy jednym gronem, do tego połowa rodziny stale za granicą i widząca się raz na kilka lat, a tu nagle języki się rozwiązały ;3
Postanowiłam kuć żelazo póki gorące i wraz ze starszymi zorganizowałam ostatecznie rozluźniający nas i gości element weselny- czyli rzucanie przez pannę młodą bukietem ślubnym i krawatem ślubnym przez pana młodego.
Teraz może kilka słów o tej uroczej tradycji.
Panna młoda rzuca bukiet obecnym na weselu panienkom, a  Pan młody rzuca krawatem zdjętym z siebie, kawalerom. Żeby wróżba się spełniła i osoba, która złapie magiczną rzecz została następną w kolejności panną młodą/panem młodym, należy przedmioty zostawić zwycięzcom jako talizman!
Wiem, ze to różnie się w różnych regionach praktykuje, często nosi to znamiona zabawy i przedmioty wracają do "młodych", ale tak być nie powinno. Jak ma się spełnić to trzeba ofiarować część swojego szczęścia.

Teraz najśmieszniejsza część tego wpisu ;D
Zwróćcie uwagę na miny panien i kawalerów hahahaha

 Przygotowanie do rzutu, starszy R. miał się mną opiekować, żebym nóg nie połamała. Oddał mi nawet swój krawat ;D
 Przyszłe panny młode pędzą po trofeum, a reszta gości obserwuje.
 Szybkie ustalenie zasad, nie wolno oszukiwać!
 Rzut....ewidentnie bukiecik chciał trafić do mojej siostry ;)
 Moja szczęśliwa siostrzyczka <3
 Tutaj tłumaczono mi, że bukiecik obił się o parasol i poleciał na sis.
 Tutaj widzicie jaką goście mieli radochę z takiej prostej weselnej zabawy.
 

 Czas na rzut mojego mężulka ;D
 Niestety ma parę w łapach i wyrzucił krawat daleko za linię kawalerów ;D
 Starszy R.- brat mojego A. był najbliżej, więc to on zwycięża.
 II tura rzutów, bo tamto podobno się nie liczyło ;P
Tu pełne poświęcenie panów ;D Krawat upadł na dłoń naszego Klemiego ( jasny krawat, jasna koszula), a E. mu go wyrwał i został zwycięzcą ;D ( ciemny krawat biała koszula).

Następnie wróciliśmy do lokalu w cudownych humorach, roześmiani, rozbawieni...
Chociaż nie było tańców, wszyscy przesiadali się miejscami i gorąco plotkowali, część wychodziła do stolika "w ogródku" do palarni i tam odbywała się druga gorąca dyskusja. Czułam się jak na wielkiej domówce!
Wszyscy bez wyjątku pili, jedli, przekrzykiwali się, wygłupiali... było cudownie!
Tak spędziliśmy czas do około 23, kiedy przyszedł czas pożegnań, część osób była już bardzo "niewstanie", bo wódki było morze, część zmęczona, ale chyba wszyscy zadowoleni i szczęśliwi.
Ja od połowy imprezy też odczuwałam już tylko nieustającą radość i świetnie się bawiłam.
Nie zwracałam już uwagi na teściową, która psuła tylko humory mnie i ludziom, nie wybaczę jej tego co powiedziała mojej mamie nigdy! Miała jednego wroga (mnie) teraz ma dwóch ;]
Pożegnanie z nią było zimne i mam nadzieję, że nie przyjdzie mi więcej jej oglądać, a przynajmniej będę się starać jak ostatnie 2 lata- totalnie ją ignorować jakby nie istniała i trzymać się z daleka.
To z moim kochanym A. mam być szczęśliwa i żyć, a nie z teściową, z takiego założenia wychodzę.
To z Adrianem tworzymy teraz własną rodzinę, nie z teściami (choć przynależymy do swoich rodzin nadal).

Podsumowując: ślub uważam za udany, mimo całego towarzyszącego stresu, jadu, niezakończonych rodzinnych konfliktów i ciągłego bycia "na super adrenalinie"... gdybym jednak miała jeszcze kiedykolwiek wychodzić za mąż, będzie to cichy ślub ze świadkami, ponieważ mimo miłych wspomnień, nie chciałabym już nigdy więcej tego przechodzić.

Teraz cieszymy się sobą, wciąż jeszcze nie mogąc przyzwyczaić do nowych ról i mówienia sobie "żono", "mężu".
Jesteśmy szczęśliwi i to najważniejsze.

Koniec cz.3 ostatniej.