wtorek, 3 września 2013

Ślub wspomnienia cz.2 ceremonia w USC

Kiedy wysiedliśmy z auta właściwie wszyscy zaproszeni goście już byli na miejscu, stali w grupkach i rozglądali się, z której strony nadjedziemy ;)
Jedynymi osobami, których brakowało byli moi teściowie.
Zdenerwowany A. wciąż do nich wydzwaniał, gdzie oni są, za ile będą i że musimy już zaczynać, co mnie jeszcze mocniej rozstrajało nerwowo.
Nie mogłam uwierzyć, że ta kobieta (teściowa) jest zdolna zepsuć ślub własnego pierworodnego tylko dlatego, że się ze mną nienawidzi i prowadzimy "otwartą wojnę podjazdową". Sytuacje podgrzewał fakt, że nasz świadek-starszy R. zostawił dowód w aucie matki i ona miała dowieźć nam ten dowód o czasie...ostatecznie poleciał biegiem na podzamcze, żeby dobiec z dowodem, ja tymczasem miałam już wchodzić z A. do urzędu na piętro by zgłosić, ze już jesteśmy.
I nagle kolejna wtopa- moja siostra, która miała być moją świadkową-starszą okazuje się, że też nie wzięła dowodu!
Powiem Wam szczerze, że myślałam, że ich tam roztrzaskam pod tym urzędem!
Goście zamarli, zapadła cisza, więc zimno stwierdziłam tylko, że są niepoważni i że zmieniamy świadków jeśli tak...
Weszłam na piętro, okazało się, że jeżeli chce opóźnić lekko ceremonię, muszę mieć zgodę samego kierownika- gdy weszłam do jego pokoju myślałam, że umrę ze wstydu. Łzy miałam w oczach i pomyślałam, że to nie dzieje się naprawde! Jak to możliwe, że najbliżsi mi ludzie tak mnie zawodzą, tym bardziej, że o dowodach trąbiłam im przy każdej rozmowie, spotkaniu itp.
Kierownik widocznie widział, że ja tam padnę trupem za moment z nerwów, bo już nawet nie byłam blada a zielona i drżałam, więc zgodził się dać nam 5 minut....choć z niesmakiem stwierdził, że jesteśmy po czasie i że już mieli nas wykreślić bo myśleli, że się nie stawimy.
Moja E. na szczęście mnie nie zawiodła <3, miała dowód i stanowiła mi wsparcie przez te kilka gorących minut...R. dobiegł z dowodem i mogliśmy zaczynać.

Niestety, zdenerwowana byłam już tak, że momenty gdy musiałam wstawać z ozdobnego krzesła stanowiły dla mnie wyczyn jak wejście na Giewont ;/ za każdym razem czułam zawroty głowy, ciemność przed oczami i w duchu błagałam chyba samą siebie, żebym tylko nie zemdlała...a nogi były jak z waty.
Kierownik urzędu, przed którym drżałam okazał się udzielać nam ślubu ;) Był bardzo wesoły i ciągle się uśmiechał patrząc na mnie- chyba widział, że ze mną jest potwornie źle, dodawał mi otuchy jak nikt ;* Jeśliby jakimś cudem mnie czytał, to chciałabym mu gorąco podziękować, jest wspaniałym człowiekiem. No i teksty, którymi rozśmieszał nas przy podpisywaniu dokumentów ;D

                                                             wszyscy obecni ;*



                                                                   E.
                                                                 R.
Sama przemowa była krótka i rzeczowa, co bardzo wszystkim się podobało.
Przysięga mojemu A. poszła jak z płatka, aż w szoku byłam, widząc jak ze zdenerwowania ciągle coś robi z rękoma, nawet się śmiałam czy się modli ;)
Tymczasem ja dałam plamę, bo 3 razy zacięłam się w jednym momencie i myślałam, że już nie powiem jej do końca ;D

"Świadoma praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny, uroczyście oświadczam, że wstępuję w związek małżeński z (imię Pana Młodego) i przyrzekam, że uczynię wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe." ( na tym kawałku się zacięłam, bo nie pamiętałam czy pierwszy wyraz to nasze, małżeństwo i tak się motałam tymi 2ma wyrazami ;D)

Nie przejmowałam się tym zbytnio, ponieważ wpadki w słowach przysięgi dobrze rokują małżeństwu ;) Do tego mieliśmy piękną pogodę- jeśli ktoś wierzy w zabobony, to również dobry znak, że małżeństwo będzie bez łez, burz itp.

Potem nastąpiła wymiana obrączek- A. powiedział mi, że o mały włos a wziąłby swoją i ciekawe jak by ją nałożył mnie ;) Ale udało się, zatrybił i wymieniliśmy się obrączkami bez sensacji- goście nie zauważyli zawahania.
Potem szybki buziak, wręczenie dokumentów i musieliśmy szybciutko wychodzić, bo goście z innego ślubu wbili się nam na salę.







Przed urzędem goście składali nam życzenia i gratulacje.
Od tego momentu wierzcie mi, ale kumulacja stresu sprawiła, że mam w głowie dziurę czarniejszą, niż na zakrapianych imprezach za małolata ;D Nie pamiętam, kto co do mnie mówił, kto mi jaki prezent dał, jak zobaczyłam chrzestnych to rozpłakałam się jak bóbr. Chrzestni byli dla mnie symbolem obecności mojego taty, którego jako jedynego w tym dniu mi zabrakło i bardzo nad tym boleję do dziś...tamtego dnia ciągle myślałam, że zrobi mi niespodziankę i wreszcie się zobaczymy po 12 latach...wierzyłam w to i pragnęłam tego najmocniej na świecie, a jednak nie spełniło się ;(
Jak więc już się rozpłakałam, tak makijaż mi spłynął, liczyłam na pomoc E., że mnie powyciera w między czasie, bo goście byli z lekka przerażeni moją reakcją a raczej jej intensywnością, a tymczasem E. patrząc na mnie też zaczęła płakać ;D
Powoli jednak sie pozbierałyśmy, prezenty starsi odnieśli do naszego auta, a w tym czasie wraz z gośćmi przeszliśmy do restauracji jakieś 50m obok urzędu.
16 stołów przywitało nas toastem za młodych, a później nastąpiło ogromne rozczarowanie i niemiłe niespodzianki, na które musiałam zebrać silę i szybko się z nimi uporać.
Musiałam też zadbać o gości z pomocą starszych Ż. i J. oraz E. i R., bo najważniejszym dla mnie było, aby moi bliscy dobrze się bawili i cieszyli tym dniem, nawet bardziej niż ja sama.

                                                 my ze starszymi od strony mojego męża- R. i E.


Cdn.
koniec cz.2